To zabawne. Losy spadku z La Liga ważyły się do ostatniej chwili. Rayo czy Villarreal? Mały, biedny klubik spod Madrytu czy gigant grający regularnie w Lidze Mistrzów? Miguel Angel Lotina, trenerska legenda, czy nowicjusz Ramon Sandoval? Paradoksalnie więcej kibiców trzymało kciuki za Rayo. Villarreal od kilku miesięcy nosił w sobie wirusa degradacji. Nad graczami z El Madrigal wisiała czarna chmura Segunda Division.
Raul Tamudo powoli wyrabia sobie markę pogromcy gigantów. Parę lat temu odebrał tytuł mistrzowski Barcelonie. Teraz swoim 145. ligowym trafieniem odesłał do piekła „Żółtą Łódź Podwodną”. Wieści o golu Katalończyka lotem błyskawicy dotarły do Vila-realu. Telewizyjne kamery od razu skierowały się na ławkę rezerwowych. Na twarzach zawodników malował się taki ból, że od samego patrzenia chciało się płakać. Rezerwowi podkulali nogi, chowali twarze w koszulki i starali się odgrodzić od świata. Parę minut wcześniej byli pewni utrzymania. Remisowali z Atletico, ciągle mieli los we własnych rękach. Później Falcao trafił na 0:1 i zaczęło się gorączkowe sprawdzanie wyniku meczu na Estadio de Vallecas. Gol Raula Tamudo zabił El Madrigal. Serca tysięcy kibiców przestały bić. Jak to możliwe? Parę miesięcy temu ich ulubieńcy grali w Lidze Mistrzów, a teraz spadają do drugiej ligi? W Lewancie jeszcze długo nikt nie będzie w stanie pojąć ogromu zniszczeń, jakie uczyniło trafienie snajpera Rayo.
Ale my nie płaczemy. Spadek Villarrealu wzbudza w nas ambiwalentne uczucia. No bo z jednej strony to trochę smutne, a z drugiej bardzo zabawne. „El Submarino Amarillo” to ekipa, która tak prosiła się o spadek, że wczorajsze wyniki można uznać za zgodne z planem. Jeśli weźmiemy pod lupę sześć najgorszych drużyn ligi hiszpańskiej, odrzucimy Racing, który od czterech miesięcy nie zasługuje na miano klubu piłkarskiego, otrzymamy grupę, która do wczoraj walczyła o utrzymanie. No i co my tu mamy… Sporting, niemal zdegradowany dwa tygodnie temu, nie poddał się do końca i wygrał trzy z ostatnich pięciu meczów. Saragossa poszła jeszcze dalej – na półmetku była drużyną, to nie jest żadne wyolbrzymienie, najsłabszą w Europie. A później wstąpił w nią nowy duch. Efekt – pięć wygranych w sześciu meczach. Idźmy dalej. Rayo, mimo że przegrywało mecz za meczem, praktycznie zawsze ocierało się o podział punktów, a kilka razy autentycznie zasługiwało na zwycięstwo. A przypomnijmy, że gracze ekipy z Vallecas dostają wypłatę może raz na rok. Granada – możemy (ba! musimy) potępiać zachowanie graczy z Andaluzji po meczu z Realem, ale nie mamy prawa jednocześnie zapominać, że było ono spowodowane tym, że chłopcy Abela Resino byli do granic wytrzymałości nakręceni walką o utrzymanie. Oni nie spali i nie jedli, bo cały czas myśleli o tym, by za rok grać w La Liga.
No i na koniec Villarreal. Co możemy powiedzieć o ekipie trenera Lotiny? Nic. Gdyby nie niesamowity Marcos Senna, który mimo 35 lat na karku w każdym meczu dawał z siebie wszystko, Lewantyńczycy byliby pośmiewiskiem całego piłkarskiego świata. Dzięki swojemu kapitanowi walczyli do końca. Nie, nie walczyli. To złe słowo. Egzystowali do końca. Jeśli ktoś remisuje na własnym stadionie z Racingiem (który nie wygrał żadnego meczu od początku stycznia), jeśli traci dwa gole ze Sportingiem Gijon i daje sobie wbić bramkę na pięć minut przed końcem w starciu z Realem Sociedad, to chyba nie mamy prawa się dziwić, że potem spada z ligi? Inne drużyny miały charakter. Przyjemnie było patrzeć na Saragossę, która na złość działaczom walczyła do ostatniej kropli potu, by się utrzymać i nie pozwolić zarobić ani grosza prezesowi Agapito Iglesiasowi. Przyjemnie było oglądać Sporting przymykający oko na beznadziejną postawę trenera i podejmujący decyzję o walce wbrew wszystkiemu. Rzućcie okiem na skróty meczów Rayo Vallecano, zwróćcie uwagę na doping, na determinację fanów. W taki sposób walczy się o utrzymanie. Cholera, przecież nie można walczyć bez walki. No ale jeśli na ławce siedzi trener, który już cztery razy spadał z Primera Division, to nie można spodziewać się zbyt wiele. Decyzja o zatrudnieniu Lotiny była dziwna. Hiszpan to niezły specjalista, ale zupełnie nienadający się do pracy pod presją. To nie jest władca czasów wojny.










