Trzecia siła La Liga po niespodziewanie trudnym meczu i emocjonującej końcówce wygrała z Rayo Vallecano 2:1. Bramki dla drużyny Emery’ego zdobyli Jonas oraz Tino Costa. Dla gospodarzy trafił Raul Tamudo.
Gospodarze dzisiejszego meczu wybiegli na murawę w teoretycznie najmocniejszym składzie. W ekipie gości zabrakło dwóch podstawowych defensorów. Victora Ruiza na środku obrony zastąpił Angel Dealbert, a Miguela Brito na prawej Barragan. Zwłaszcza obecność tego drugiego dawała piłkarzom Rayo nadzieje na korzystny wynik. Hiszpan ostatnio, delikatnie mówiąc, nie grzeszy formą.
Starcie na stadionie w podmadryckim Vallecas rozpoczęło się od niemrawego rozgrywania piłki w środku pola, gdzie rządził świetny ostatnio David Albelda. Ani Jose Movilla, ani Javi Fuego nie byli w stanie przejąc kontroli nad widowiskiem. Valencia nie kwapiła się z atakami, czekając na chwilę rozprężenia solidnej formacji obronnej Rayo. Ta przyszła w 17. minucie. Strzelał Mathieu, ale uderzenie, które sprawiało wrażenie lekko nieudanego, nie sprawiło wielkich problemów Cobeno. Trzy minuty później było już 0:1. Bramkę dla przyjezdnych zdobył Jonas – najlepszy piłkarz ostatniego meczu z Racingiem Genk. Brazylijczyk zaskoczył golkipera gospodarzy strzałem z głębi pola, wyprowadzając swoją drużynę na zasłużone prowadzenie. W 25. minucie pierwszą klarowną okazję wypracowali sobie podopieczni trenera Sandovala. Niestety Javi Fuego minimalnie chybił.
Od tego momentu, aż do minuty 42., kiedy Diego Alves świetną paradą powstrzymał Arribasa, gra toczyła się w środku pola i była nudna jak flaki z olejem. Valencia prowadziła i najwyraźniej nie odczuwała potrzeby zdobywania goli. Rayo może i taką potrzebę odczuwało, ale na tym póki co się kończyło. W ostatniej akcji pierwszej połowy piłka po strzale Delibasicia trafiła w słupek bramki gości. Sędzia Estrada Fernandez dopatrzył się pozycji spalonej. Nikt inny jej nie widział, głównie dlatego, że jej nie było.
Druga część spotkania rozpoczęła się podobnie, jak skończyła się pierwsza. Znów strzelał Delibasić. Tylko że tym razem nie trafił w słupek – obronił Alves. No i spalonego już nie było nawet według sędziego. W 55. minucie po raz kolejny dał o sobie znać Jeremy Mathieu. Francuz na lewej flance rządził niepodzielnie i bardzo chciał to rządzenie przypieczętować golem. Trójkowa akcja z Jonasem i Soldado nie skończyła się niczym ciekawym. Minutę później było już inaczej, bo przebojowy rudy skrzydłowy wystawił piłkę Tino Coscie, który – nie ma co ukrywać – zrobił to, co umie najlepiej. Huknął z całych sił, nie dając cienia szans Cobeno. Po podwyższeniu prowadzenia Valencia znów zmieniła się w nudną, defensywną maszynę do nierobienia czegokolwiek. Rayo po stracie drugiego gola nagle stało się bardzo zmotywowane i zaczęło wreszcie walczyć o remis.
W 79. minucie piękny strzał „Titiego” z woleja minimalnie minął słupek bramki Diego Alvesa, a w minucie 84. Raul Tamudo zdobył bramkę kontaktową. Kontaktową i kontrowersyjną jednocześnie. Hiszpan bardzo pomagał sobie przy strzelaniu gola rękami, wyraźnie naruszając nietykalność cielesną Dealberta. Ostatnie chwile meczu to typowa panika w szeregach Valencii. Piłkarze Emery’ego momentami nawet nie próbowali wyprowadzać piłki – wybijali ją z całych sił na aut, słusznie wierząc w siłę swojej defensywy. Obrońcy grali świetnie aż do ostatniej akcji meczu, kiedy to kompletnie zawalili krycie „Tito”. Prawy obrońca Rayo powinien zdobyć wyrównującą bramkę. Musiał ją zdobyć. Zdobyłby ją w dziewięciu okazjach na dziesięć. Ale nie dziś. Estrada Fernandez chwilę później zagwizdał po raz ostatni. 1:2. Valencia z trzema punktami.










