W meczu otwierającym 9. kolejkę Primera Division Valencia mierzyła się u siebie z Realem Saragossa. Piłkarze Unaia Emery’ego, mimo porażki w ostatnim meczu z Mallorką, do spotkania przystępowali jako zdecydowani faworyci. Saragossa była bowiem przed tym meczem czerwoną latarnią La Ligi.
Początek meczu na Mestalla przywołał u piłkarzy Valencii koszmar sprzed tygodnia. Już kilkadziesiąt sekund po rozpoczęciu spotkania zostali srogo skarceni przez niżej notowanego rywala. Po rzucie rożnym błąd w ustawieniu defensywy wykorzystał Lanzaro, który strzałem głową pokonał Moyę. Później gospodarze rzucili się do kontrataku, ale zamiast szybko wyrównać, to goście z Saragossy mieli lepsze okazje do podwyższenia prowadzenia. Gdyby nie nieskuteczność Braulio i Jarosika i dobra dyspozycja Moyi, piłkarze Jose Aurelio Gaya mogli po kwadransie prowadzić nawet 4:0! W kolejnych minutach goście wciąż byli stroną przeważającą, czego dowodem groźny strzał z prawej strony boiska w wykonaniu Braulio.

W 21. minucie Valencia próbowała się obudzić, najpierw piłkę po błędzie Continiego przejął Pablo i groźnie dośrodkował, jednak Adam Pinter wybił piłkę na rzut rożny, po którym bliski strzelenia bramki był Aduriz. Późniejsze wydarzenia boiskowe można podsumować w ten sposób: Valencia atakowała, miała przewagę, jednak jej próby przypominały walenie głową w mur. Saragossa świadomie oddawała gościom inicjatywę, by, gdy tylko nadarzy się okazja, zorganizować szybki kontratak. To goście kontrolowali więc wydarzenia boiskowe, a szczególna w tym zasługa środkowych pomocników przyjezdnych, przede wszystkim wszędobylskiego Gabiego.
Ostatni kwadrans to chaotyczne natarcia „Los Ches”, nie przynoszące większego zagrożenia pod bramką Dobiasa. Gospodarze starali się, jak zwykle grać skrzydłami, co zresztą im się często udawało, jednak dośrodkowania Pablo czy Vicente były często niedokładne lub wzorowo przecinane przez defensorów z Saragossy. Ten pierwszy miał o tyle utrudnione zadanie, iż za swoimi plecami miał wyjątkowo kiepskiego tego dnia Miguela, który w pierwszej odsłonie popełnił rażącą ilość szkolnych błędów.
Równie kiepski, co Portugalczyk (i to mimo strzelonej bramki) był jednak Lanzaro w ekipie gości, któremu po niegroźnym, zbyt wysokim dośrodkowaniu zabrakło komunikacji z własnym bramkarzem, wskutek czego przelobował go. Ten gol był zatem ewidentnym prezentem dla gości. W ostatnich sekundach pierwszej połowy „Los Ches” próbowali jeszcze wyjść na prowadzenie, ale najlepsza okazja, jaką był strzał Topala, nie została wykorzystana.
Pierwszy kwadrans drugiej odsłony spotkania, przyniósł ponownie sporo chaosu, z którego jednak wyniknęły sytuacje zarówno dla gospodarzy, jak i dla gości. Pod bramką Moyi było groźnie, gdy z piłką pod „szesnastkę” zapędził się Gabi, natomiast Valencia w 53. minucie była bardzo bliska zdobycia bramki na 2:1: z prawej strony, z rzutu wolnego dośrodkowywał Vicente, a na długim słupku Topal tak dobrze uderzył głową, że ta wpadłaby do siatki, gdyby nie wybijający ją z linii Jarosik.










