Życie jest darem, który każdy powinien w pełni szanować, dlatego też w dobie chorób cywilizacyjnych należy wykonywać systematyczne badania. Nigdy nie wiesz, co może Cię spotkać. Dziś, 4 lutego, obchodzimy Międzynarodowy Dzień Walki z Rakiem.
Rak może dotknąć każdego. Ubogiego i bogatego, nieznanego i znanego, ateistę i księdza, kibica i sportowca. Przed nim nie można się ukryć. Trzeba o nim rozmawiać, nauczać oraz przede wszystkim kontrolować to, co dzieje się z naszym organizmem. Kilka słów o tych, którzy wiedzą, co to cierpienie, strach i utrata marzeń, ale poznali też prawdziwy smak szczęścia. Wykopali ze swojego życia ten wstrętny nowotwór.
„Do zobaczenia wkrótce, mam nadzieję…”
Jose Francisco Molina, wieloletni bramkarz noszący dumnie na piersi barwy takich zespołów, jak Atletico Madryt czy Deportivo la Coruna, występujący również w reprezentacji narodowej – zachorował na raka jąder.
Pierwsze symptomy zagrożenia pojawiły się wiosną 2001 roku. Lekarze początkowo sądzili, że wykryty nowotwór da się w łatwy i szybki sposób chirurgicznie usunąć. Nie miało to być nic groźnego. Rzeczywistość była niestety bardzo brutalna – rak złośliwy. Mając świadomość, że istnieje ryzyko poważnej, zaglądającej w oczy, śmiertelnej choroby, dalej nie potrafił zrezygnować z piłki nożnej. 14 października 2002 roku świat obiegła oficjalna informacja o stanie zdrowia piłkarza. Wtedy, podczas bardzo wzruszającej konferencji prasowej, powiedział słowa: – Do zobaczenia wkrótce, mam nadzieję…
Od tego momentu nastąpiła walka nie tylko z chorobą, ale również z własnymi emocjami i niebywałym wewnętrznym cierpieniem. Cztery cykle chemioterapii, z których każdy trwał pięć kolejnych dni, pod nadzorem doktora Vicente Guillera w trzytygodniowych odstępach. Pojawiły się pierwsze widoczne gołym okiem skutki siedzącej w organizmie choroby. Wypadanie włosów, nudności, problemy z mięśniami – to tylko garstka problemów, z jakim zmagał się Jose Molina. Trwało to mniej więcej dziesięć miesięcy. Dzięki swojemu uporowi i dążeniu do celu hiszpański zawodnik pozbył się raka. 20 stycznia 2003 roku powrócił do treningów z drużyną.
***
„Nie wiem jak wygląda piekło, ale to, co teraz przechodzę, jest znacznie gorsze”
Emirates Stadium, 24 marca 2012 roku. Aston Villa pod przewodnictwem trenera Alexa McLeisha rozgrywała wyjazdowy mecz z Arsenalem. W wyjściowej jedenastce tego spotkania znalazł się także kapitan drużyny, Stiliyan Petrow.
Nikt z oglądających ten mecz nie mógł poznać zachowania bułgarskiego pomocnika. Grał kiepsko, nie walczył jak lew – jak miał w swoim zwyczaju – nie nadążał za akcjami swoich kolegów. Trener chciał go ściągnąć z placu gry, ale Petrow był nieugięty. Zagrał całe dziewięćdziesiąt minut, jego zespół przegrał trzema bramkami. Najgorsze miało dopiero nadejść.
Będąc w szatni, piłkarz dostał nagle wysokiej gorączki. Wydawało się, że była to tylko chwila niedyspozycja zawodnika „The Villains”. Klubowy lekarz postanowił nie bagatelizować sytuacji i przeprowadził dodatkowe badania. Jego słowa brzmiały jak wyrok. Ostra odmiana białaczki.











