Często bywa tak, że po odniesieniu poważnej kontuzji zawodnik ma później wielkie problemy z odzyskaniem swojej dawnej, dobrej dyspozycji. Przykładem takiego piłkarza jest Radamel Falcao, wypożyczony na 12 miesięcy z AS Monaco do Manchesteru United. 22 stycznia 2014 roku nabawił się on bardzo groźnego urazu kolana.
W tamtym czasie „El Tigre” reprezentował barwy francuskiego klubu i nawet nie przypuszczał, iż zeszłoroczny brazylijski mundial może odbyć się bez jego udziału. Niestety, Kolumbijczyk starł się ostro z zawodnikiem Monts podczas spotkania pucharowego i przez kilka następnych miesięcy musiał poddawać się zabiegom rehabilitacyjnym. Heroiczna walka największej gwiazdy reprezentacji „Los Cafeteros” była głównym zmartwieniem nie tylko selekcjonera Jose Nestora Pekermana, ale wszystkich rodaków napastnika Manchesteru United. Pewnego dnia w jednym z portugalskich szpitali, gdzie przeprowadzano operację zerwanych więzadeł zawodnika, odwiedził go prezydent Kolumbii Juan Manuel Santos, życząc szybkiego powrotu do pełnej dyspozycji.
Mimo dobrych intencji głowy państwa, żarliwych modlitw milionów kibiców Falcao na całym świecie i ogromu pracy lekarzy oraz rehabilitantów, próbujących przygotować „EL Tigre” do brazylijskiego czempionatu, Pekerman musiał radzić sobie w czasie jego jego trwania bez swojego pupila. Zabrakło czasu, by Radamel odzyskał dawną sprawność, a nawet gdyby tak się stało, nie byłby w stanie wytrzymać trudów wyczerpującego turnieju. Dlatego Falcao mógł jedynie podziwiać wspaniałą grę swoich reprezentacyjnych kolegów, którzy okazali się największą rewelacją mistrzostw, odpadając dopiero po ćwierćfinałowym starciu z gospodarzami imprezy (1:2). Eksperci zgodnie twierdzili, że z Radamelem w składzie „Los Cafeteros” mogliby nawet zwyciężyć w całym turnieju. Juanowi Cuadrado i Jamesowi Rodriguezowi zabrakło wsparcia starszego kolegi, a ściślej mówiąc – jego bramek.
Złote czasy w Porto i Atletico
Mundial jest już jednak przeszłością, choć nasz bohater na pewno jeszcze wielokrotnie powraca myślami do pechowego meczu z Monts, który to przekreślił jego marzenia o udziale w jakże szczęśliwych dla Kolumbii mistrzostwach. Szkoda dla reprezentacji Jose Pekermana była tym większa, gdyż czarnowłosy zawodnik urodzony 10 lutego 1986 roku w Santa Marta to typowy gracz turniejowy, który rozkręca się wraz z trwaniem rozgrywek. Falcao sprawia czasami wrażenie zawodnika uwielbiającego błyszczeć podczas spotkań największej rangi, np. w europejskich pucharach, w których czuje się zazwyczaj jak ryba w wodzie. Tak było jeszcze kilka sezonów wstecz, gdy jako zawodnik najpierw portugalskiego FC Porto, a następnie hiszpańskiego Atletico Madryt wygrywał dwa razy z rzędu Ligę Europy.
Reprezentując barwy „Smoków”, Falcao zwyciężył mniej ważne z europejskich rozgrywek w sezonie 2010/2011. To, co wyprawiał wówczas „Tygrys”, przechodziło niekiedy ludzkie pojęcie. W 14 spotkaniach tych rozgrywek zdobył aż 17 goli, oczywiście wpisując się również na listę strzelców podczas finałowej batalii z innym portugalskim zespołem, SC Braga. Trafienie Kolumbijczyka pod koniec pierwszej połowy rozstrzygnęło losy ostatniego starcia tamtej edycji LE.
Rok później, już w koszulce Atletico Madryt, do którego trafił za 25 mln euro, Radamel ponownie zdołał poprowadzić swoją ekipę do triumfu w Lidze Europy. Kiedy Legia Warszawa oraz Wisła Kraków toczyły zażarte boje w swoich grupach, a następnie rywalizowały (niestety bez powodzenia) ze Sportingiem Lizbona i Standardem Liege w 1/16 finału, Falcao znów strzelał jak natchniony. Jego bilans zatrzymał się na 15 spotkaniach i 12 bramkach. Oczywiście zapisał się także na liście strzelców w wielkim finale rozgrywanym na rumuńskim Stadionie Narodowym, ale „El Tigre” przebił tym razem swoje osiągnięcie z poprzedniej edycji LE i dwukrotnie pokonał bramkarza Athleticu Bilbao. Jego zespół zwyciężył pewnie 3:0.
Bohater niniejszego artykułu znajdował się wówczas na szczycie, uznawano go za jednego z najlepszych atakujących świata. O słuszności tej tezy przekonali się niewiele później piłkarze londyńskiej Chelsea, którzy mierzyli się z Atletico w ramach finału Superpucharu Europy. Triumfator Ligi Mistrzów poległ sromotnie, a to, co wyrabiał z obrońcami „The Blues” Falcao, pewnie do dziś śnie im się po nocach. „Los Colchoneros” rozbili Chelsea aż 4:1, a „El Tigre” po pierwszych 45 minutach gry mógł cieszyć się ze zdobycia trzech goli. Świat był u stóp zawodnika, który swoje pierwsze piłkarskie kroki stawiał w rodzimym klubie Lanceros Boyaca.
W poszukiwaniu dawnej świetności
Jego przygoda z Atletico zakończyła się w 2013 roku po tym, jak drużyna Diego Simeone nie zdołała zakwalifikować się do Ligi Mistrzów. Próbujący nawiązać równorzędną walkę z Realem i Barceloną „Rojiblancos” odsprzedali swój diament do AS Monaco za bagatela 60 mln euro. Drużyna „Książąt” mogła sobie na to pozwolić, gdyż ogromną gotówkę we francuski klub zainwestował Dmitrij Rybołowlew. Rosyjski oligarcha sprowadził, oprócz naszego bohatera, m.in jego rodaka Jamesa Rodrigueza oraz wielu innych znanych i doświadczonych zawodników, których głównym celem było nawiązanie walki z Paris Saint-Germain oraz wywalczenie awansu do Champions League. Pierwszy z tych celów nie uległ spełnieniu, Monaco zajęło na mecie sezonu 2013/2014 drugą lokatę, za plecami paryżan, ale drugi już tak.
https://www.youtube.com/watch?v=rQED3VRGq2o
Nie był to jednak udany okres w karierze Radamela, który nabawił się opisywanej wcześniej kontuzji kolana, wykluczającej go z udziału w mistrzostwach świata 2014. Poza tym właściciel „Książąt”, jak szybko zainwestował w ASM, tak samo prędko zaczął zwijać interes, gdyż kłopoty osobiste (rozwód z żoną Eleną) pochłonęły znaczną część jego gigantycznego majątku. Przed startem obecnego sezonu Rybołowlew pozbył się swoich największych, a zarazem najbardziej obciążających budżet klubu, gwiazd na czele z Rodriguezem i Falcao właśnie. Pierwszy trafił do Realu i narzekać raczej nie powinien, gdyż gra w miarę regularnie, Radamel zaś zakotwiczył na Wyspach, a wypożyczyć go do końca sezonu zechciał Manchester United.
Początkowo media podawały informację, iż Kolumbijczyk został nie wypożyczony, lecz definitywnie sprzedany do drużyny Louisa van Gaala, ale później okazało się, że po zakończeniu rozgrywek Premier League, może on powrócić nad Lazurowe Wybrzeże. Kwota tej transakcji wyniosła ok. 10 mln euro, ale chyba nie takiej postawy „Tygrysa” spodziewali się fani „Czerwonych Diabłów”. Do tej pory rozegrał on dla swojej nowej ekipy 20 spotkań (17 w Premier League i 3 w FA Cup), zdobywając w nich zaledwie cztery gole. Dla porównania Wayne Rooney wybiegał na boisko 27 razy i zdołał zaaplikować rywalom 11 bramek, Robin van Persie zaliczył zaś 26 gier i 10 trafień. Widać zatem, że Kolumbijczyk wyraźnie odstaje od swoich klubowych kolegów i niektórzy sympatycy United utyskują, iż lepszym przedsezonowym rozwiązaniem byłoby zatrzymanie w Teatrze Marzeń Javiera Hernandeza oraz Danny’ego Welbecka zamiast sprowadzania Falcao, który gra dość kiepsko.
https://www.youtube.com/watch?v=Wmglgd-8F0g
Z drugiej jednak strony cały team van Gaala nie zachwyca swoją boiskową dyspozycją. Holender cały czas poszukuje optymalnego ustawienia swojej drużyny, w ataku również dokonuje kolejnych korekt. Były selekcjoner reprezentacji „Oranje”, z którą wywalczył brązowy medal na zeszłorocznym mundialu, ma do swojej dyspozycji trzech naprawdę świetnych napastników, ale żaden z nich nie przekonuje swoją postawą. Rooney, kiedy mu się chce, potrafi w pojedynkę rozstrzygnąć mecz na korzyść swojej ekipy. Problem jednak w tym, że coraz rzadziej ma na to ochotę.
Wydaje się, że po dekadzie spędzonej na Old Trafford przydałaby mu się jakaś odmiana w postaci zagranicznego transferu. Van Persie walczy z kontuzjami, a gdy gra – nie jest skuteczny, jak w zeszłym sezonie. Z kolei Falcao ma problemy ze zrozumieniem taktyki van Gaala, który preferuje ustawianie kolumbijskiego atakującego na skrzydle. Znany ze swej olbrzymiej siły i sprytu „El Tigre” dusi się, biegając wzdłuż linii bocznej boiska. Nietrudno zauważyć, iż jest on typowym lisem pola karnego, gdzie ma okazję zaprezentowania swoich największych atutów. Wszyscy doskonale wiemy, jak łatwo potrafi on wywalczyć sobie pozycję w „szesnastce” rywala, a potem huknąć potężnie na bramkę. Dlaczego zatem van Gaal dalej uparcie ustawia go na innych pozycjach?
Złe wybory
Ostatnimi czasy coraz częściej mówi się o powrocie Falcao do Francji, ale czy to akurat on powinien pakować walizki? Z trójki trzech genialnych napastników MU to on jest najmłodszy i chyba wciąż głodny sukcesów. Zmarnowane pół zeszłego sezonu przez kontuzję spowodowało, iż były gracz Atletico chce za wszelką cenę powrócić do elity atakujących Starego Kontynentu, z której powoli zaczynają wypadać Rooney i van Persie. Ci dwaj już niczym wielkim nie są w stanie nas zaskoczyć, apogeum formy mają za sobą; co innego Radamel. Kolumbijczyk osiągnął w swojej karierze już naprawdę sporo (2 triumfy w LE, Superpuchar Europy, mistrzostwa Portugalii), ale chciałby zapewne zaistnieć jeszcze w Champions League, z którą dotychczas było mu raczej nie po drodze. Zaledwie osiem spotkań w elitarnych rozgrywkach to dla zawodnika pokroju Falcao tyle co nic. Po raz ostatni w LM wystąpił on podczas sezonu 2009/2010, kiedy jego FC Porto odpadło po 1/8 finału z Arsenalem. Od tamtego momentu minęło pięć lat i niektórzy zaczęli mówić już o pewnej alergii zawodnika na występy w Champions League.
Żarty żartami, ale przed rozpoczęciem trwającego sezonu Radamel mógł wreszcie przypomnieć sobie, jak smakują pojedynki tych elitarnych rozgrywek, ale postanowił opuścić uprawnione do gry w LM AS Monaco na rzecz dołującego rok temu Manchesteru United. Kolumbijczyk żałuje pewnie jeszcze bardziej, gdyż „Książęta” radzą sobie na niwie europejskiej bardzo dobrze i są już jedną nogą w ćwierćfinale tych rozgrywek, gdyż pierwszy mecz 1/8 finału rozstrzygnęli po swojej myśli, pokonując 3:1 Arsenal.
A żeby było jeszcze śmieszniej, po zakończeniu sezonu 2014/2015 Falcao prawdopodobnie powróci do Francji i po raz kolejny rozgrywki LM będzie mógł zobaczyć jedynie w telewizji. Manchester United powinien zakwalifikować się do kolejnej edycji najważniejszego z europejskich pucharów, co nie jest takie pewne w przypadku Monaco, które aktualnie zajmuje czwarte miejsce w tabeli francuskiej ekstraklasy. Taką samą lokatę w Premier League okupują „Czerwone Diabły”, ale to chyba właśnie wyspiarski zespół ma większe szanse, by jesienią zagrać w prestiżowych rozgrywkach. No, chyba że Monaco zdoła wygrać tegoroczną odsłonę Ligi Mistrzów i zagwarantuje sobie bezpośredni awans do kolejnej… Ale w to raczej trudno uwierzyć.
Często bywa tak, że po odniesieniu poważnej kontuzji zawodnik ma później wielkie problemy z odzyskaniem swojej dawnej, dobrej dyspozycji. Przykładem takiego piłkarza jest Radamel Falcao, wypożyczony na 12 miesięcy z AS Monaco do Manchesteru United. 22 stycznia 2014 roku nabawił się on bardzo groźnego urazu kolana.
W tamtym czasie „El Tigre” reprezentował barwy francuskiego klubu i nawet nie przypuszczał, iż zeszłoroczny brazylijski mundial może odbyć się bez jego udziału. Niestety, Kolumbijczyk starł się ostro z zawodnikiem Monts podczas spotkania pucharowego i przez kilka następnych miesięcy musiał poddawać się zabiegom rehabilitacyjnym. Heroiczna walka największej gwiazdy reprezentacji „Los Cafeteros” była głównym zmartwieniem nie tylko selekcjonera Jose Nestora Pekermana, ale wszystkich rodaków napastnika Manchesteru United. Pewnego dnia w jednym z portugalskich szpitali, gdzie przeprowadzano operację zerwanych więzadeł zawodnika, odwiedził go prezydent Kolumbii Juan Manuel Santos, życząc szybkiego powrotu do pełnej dyspozycji.
Mimo dobrych intencji głowy państwa, żarliwych modlitw milionów kibiców Falcao na całym świecie i ogromu pracy lekarzy oraz rehabilitantów, próbujących przygotować „EL Tigre” do brazylijskiego czempionatu, Pekerman musiał radzić sobie w czasie jego jego trwania bez swojego pupila. Zabrakło czasu, by Radamel odzyskał dawną sprawność, a nawet gdyby tak się stało, nie byłby w stanie wytrzymać trudów wyczerpującego turnieju. Dlatego Falcao mógł jedynie podziwiać wspaniałą grę swoich reprezentacyjnych kolegów, którzy okazali się największą rewelacją mistrzostw, odpadając dopiero po ćwierćfinałowym starciu z gospodarzami imprezy (1:2). Eksperci zgodnie twierdzili, że z Radamelem w składzie „Los Cafeteros” mogliby nawet zwyciężyć w całym turnieju. Juanowi Cuadrado i Jamesowi Rodriguezowi zabrakło wsparcia starszego kolegi, a ściślej mówiąc – jego bramek.
Złote czasy w Porto i Atletico
Mundial jest już jednak przeszłością, choć nasz bohater na pewno jeszcze wielokrotnie powraca myślami do pechowego meczu z Monts, który to przekreślił jego marzenia o udziale w jakże szczęśliwych dla Kolumbii mistrzostwach. Szkoda dla reprezentacji Jose Pekermana była tym większa, gdyż czarnowłosy zawodnik urodzony 10 lutego 1986 roku w Santa Marta to typowy gracz turniejowy, który rozkręca się wraz z trwaniem rozgrywek. Falcao sprawia czasami wrażenie zawodnika uwielbiającego błyszczeć podczas spotkań największej rangi, np. w europejskich pucharach, w których czuje się zazwyczaj jak ryba w wodzie. Tak było jeszcze kilka sezonów wstecz, gdy jako zawodnik najpierw portugalskiego FC Porto, a następnie hiszpańskiego Atletico Madryt wygrywał dwa razy z rzędu Ligę Europy.
Reprezentując barwy „Smoków”, Falcao zwyciężył mniej ważne z europejskich rozgrywek w sezonie 2010/2011. To, co wyprawiał wówczas „Tygrys”, przechodziło niekiedy ludzkie pojęcie. W 14 spotkaniach tych rozgrywek zdobył aż 17 goli, oczywiście wpisując się również na listę strzelców podczas finałowej batalii z innym portugalskim zespołem, SC Braga. Trafienie Kolumbijczyka pod koniec pierwszej połowy rozstrzygnęło losy ostatniego starcia tamtej edycji LE.
Rok później, już w koszulce Atletico Madryt, do którego trafił za 25 mln euro, Radamel ponownie zdołał poprowadzić swoją ekipę do triumfu w Lidze Europy. Kiedy Legia Warszawa oraz Wisła Kraków toczyły zażarte boje w swoich grupach, a następnie rywalizowały (niestety bez powodzenia) ze Sportingiem Lizbona i Standardem Liege w 1/16 finału, Falcao znów strzelał jak natchniony. Jego bilans zatrzymał się na 15 spotkaniach i 12 bramkach. Oczywiście zapisał się także na liście strzelców w wielkim finale rozgrywanym na rumuńskim Stadionie Narodowym, ale „El Tigre” przebił tym razem swoje osiągnięcie z poprzedniej edycji LE i dwukrotnie pokonał bramkarza Athleticu Bilbao. Jego zespół zwyciężył pewnie 3:0.
Bohater niniejszego artykułu znajdował się wówczas na szczycie, uznawano go za jednego z najlepszych atakujących świata. O słuszności tej tezy przekonali się niewiele później piłkarze londyńskiej Chelsea, którzy mierzyli się z Atletico w ramach finału Superpucharu Europy. Triumfator Ligi Mistrzów poległ sromotnie, a to, co wyrabiał z obrońcami „The Blues” Falcao, pewnie do dziś śnie im się po nocach. „Los Colchoneros” rozbili Chelsea aż 4:1, a „El Tigre” po pierwszych 45 minutach gry mógł cieszyć się ze zdobycia trzech goli. Świat był u stóp zawodnika, który swoje pierwsze piłkarskie kroki stawiał w rodzimym klubie Lanceros Boyaca.
W poszukiwaniu dawnej świetności
Jego przygoda z Atletico zakończyła się w 2013 roku po tym, jak drużyna Diego Simeone nie zdołała zakwalifikować się do Ligi Mistrzów. Próbujący nawiązać równorzędną walkę z Realem i Barceloną „Rojiblancos” odsprzedali swój diament do AS Monaco za bagatela 60 mln euro. Drużyna „Książąt” mogła sobie na to pozwolić, gdyż ogromną gotówkę we francuski klub zainwestował Dmitrij Rybołowlew. Rosyjski oligarcha sprowadził, oprócz naszego bohatera, m.in jego rodaka Jamesa Rodrigueza oraz wielu innych znanych i doświadczonych zawodników, których głównym celem było nawiązanie walki z Paris Saint-Germain oraz wywalczenie awansu do Champions League. Pierwszy z tych celów nie uległ spełnieniu, Monaco zajęło na mecie sezonu 2013/2014 drugą lokatę, za plecami paryżan, ale drugi już tak.
https://www.youtube.com/watch?v=rQED3VRGq2o
Nie był to jednak udany okres w karierze Radamela, który nabawił się opisywanej wcześniej kontuzji kolana, wykluczającej go z udziału w mistrzostwach świata 2014. Poza tym właściciel „Książąt”, jak szybko zainwestował w ASM, tak samo prędko zaczął zwijać interes, gdyż kłopoty osobiste (rozwód z żoną Eleną) pochłonęły znaczną część jego gigantycznego majątku. Przed startem obecnego sezonu Rybołowlew pozbył się swoich największych, a zarazem najbardziej obciążających budżet klubu, gwiazd na czele z Rodriguezem i Falcao właśnie. Pierwszy trafił do Realu i narzekać raczej nie powinien, gdyż gra w miarę regularnie, Radamel zaś zakotwiczył na Wyspach, a wypożyczyć go do końca sezonu zechciał Manchester United.
Początkowo media podawały informację, iż Kolumbijczyk został nie wypożyczony, lecz definitywnie sprzedany do drużyny Louisa van Gaala, ale później okazało się, że po zakończeniu rozgrywek Premier League, może on powrócić nad Lazurowe Wybrzeże. Kwota tej transakcji wyniosła ok. 10 mln euro, ale chyba nie takiej postawy „Tygrysa” spodziewali się fani „Czerwonych Diabłów”. Do tej pory rozegrał on dla swojej nowej ekipy 20 spotkań (17 w Premier League i 3 w FA Cup), zdobywając w nich zaledwie cztery gole. Dla porównania Wayne Rooney wybiegał na boisko 27 razy i zdołał zaaplikować rywalom 11 bramek, Robin van Persie zaliczył zaś 26 gier i 10 trafień. Widać zatem, że Kolumbijczyk wyraźnie odstaje od swoich klubowych kolegów i niektórzy sympatycy United utyskują, iż lepszym przedsezonowym rozwiązaniem byłoby zatrzymanie w Teatrze Marzeń Javiera Hernandeza oraz Danny’ego Welbecka zamiast sprowadzania Falcao, który gra dość kiepsko.
https://www.youtube.com/watch?v=Wmglgd-8F0g
Z drugiej jednak strony cały team van Gaala nie zachwyca swoją boiskową dyspozycją. Holender cały czas poszukuje optymalnego ustawienia swojej drużyny, w ataku również dokonuje kolejnych korekt. Były selekcjoner reprezentacji „Oranje”, z którą wywalczył brązowy medal na zeszłorocznym mundialu, ma do swojej dyspozycji trzech naprawdę świetnych napastników, ale żaden z nich nie przekonuje swoją postawą. Rooney, kiedy mu się chce, potrafi w pojedynkę rozstrzygnąć mecz na korzyść swojej ekipy. Problem jednak w tym, że coraz rzadziej ma na to ochotę.
Wydaje się, że po dekadzie spędzonej na Old Trafford przydałaby mu się jakaś odmiana w postaci zagranicznego transferu. Van Persie walczy z kontuzjami, a gdy gra – nie jest skuteczny, jak w zeszłym sezonie. Z kolei Falcao ma problemy ze zrozumieniem taktyki van Gaala, który preferuje ustawianie kolumbijskiego atakującego na skrzydle. Znany ze swej olbrzymiej siły i sprytu „El Tigre” dusi się, biegając wzdłuż linii bocznej boiska. Nietrudno zauważyć, iż jest on typowym lisem pola karnego, gdzie ma okazję zaprezentowania swoich największych atutów. Wszyscy doskonale wiemy, jak łatwo potrafi on wywalczyć sobie pozycję w „szesnastce” rywala, a potem huknąć potężnie na bramkę. Dlaczego zatem van Gaal dalej uparcie ustawia go na innych pozycjach?
Złe wybory
Ostatnimi czasy coraz częściej mówi się o powrocie Falcao do Francji, ale czy to akurat on powinien pakować walizki? Z trójki trzech genialnych napastników MU to on jest najmłodszy i chyba wciąż głodny sukcesów. Zmarnowane pół zeszłego sezonu przez kontuzję spowodowało, iż były gracz Atletico chce za wszelką cenę powrócić do elity atakujących Starego Kontynentu, z której powoli zaczynają wypadać Rooney i van Persie. Ci dwaj już niczym wielkim nie są w stanie nas zaskoczyć, apogeum formy mają za sobą; co innego Radamel. Kolumbijczyk osiągnął w swojej karierze już naprawdę sporo (2 triumfy w LE, Superpuchar Europy, mistrzostwa Portugalii), ale chciałby zapewne zaistnieć jeszcze w Champions League, z którą dotychczas było mu raczej nie po drodze. Zaledwie osiem spotkań w elitarnych rozgrywkach to dla zawodnika pokroju Falcao tyle co nic. Po raz ostatni w LM wystąpił on podczas sezonu 2009/2010, kiedy jego FC Porto odpadło po 1/8 finału z Arsenalem. Od tamtego momentu minęło pięć lat i niektórzy zaczęli mówić już o pewnej alergii zawodnika na występy w Champions League.
Żarty żartami, ale przed rozpoczęciem trwającego sezonu Radamel mógł wreszcie przypomnieć sobie, jak smakują pojedynki tych elitarnych rozgrywek, ale postanowił opuścić uprawnione do gry w LM AS Monaco na rzecz dołującego rok temu Manchesteru United. Kolumbijczyk żałuje pewnie jeszcze bardziej, gdyż „Książęta” radzą sobie na niwie europejskiej bardzo dobrze i są już jedną nogą w ćwierćfinale tych rozgrywek, gdyż pierwszy mecz 1/8 finału rozstrzygnęli po swojej myśli, pokonując 3:1 Arsenal.
A żeby było jeszcze śmieszniej, po zakończeniu sezonu 2014/2015 Falcao prawdopodobnie powróci do Francji i po raz kolejny rozgrywki LM będzie mógł zobaczyć jedynie w telewizji. Manchester United powinien zakwalifikować się do kolejnej edycji najważniejszego z europejskich pucharów, co nie jest takie pewne w przypadku Monaco, które aktualnie zajmuje czwarte miejsce w tabeli francuskiej ekstraklasy. Taką samą lokatę w Premier League okupują „Czerwone Diabły”, ale to chyba właśnie wyspiarski zespół ma większe szanse, by jesienią zagrać w prestiżowych rozgrywkach. No, chyba że Monaco zdoła wygrać tegoroczną odsłonę Ligi Mistrzów i zagwarantuje sobie bezpośredni awans do kolejnej… Ale w to raczej trudno uwierzyć.