Po wczorajszym podsumowaniu meczu katalońsko-baskijskiego dziś czas na resztę ligi. Nie dowiedzieliśmy się niczego nowego, ale na nudę chyba nikt nie narzekał. Jeśli jednak narzekał, to znaczy, że coś jest z nim nie tak.
Derby Walencji miały rozstrzygnąć sprawę lokalnego prymatu. Obie drużyny sąsiadowały ze sobą w tabeli. Obie były bardzo zdeterminowane. Obie bardzo chciały, ale mogła tylko Valencia. Ten mecz był ciekawy z wielu powodów, ale dla mnie na czoło wysuwa się jeden. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz oglądałem pojedynek, w którym o końcowym wyniku w tak wielkim stopniu decydowali obrońcy. Stoperzy obu teamów byli głównym bohaterami wieczoru na stadionie „Żab”. Dwaj rozczarowali, dwaj zachwycili.

Rozczarował Sergio Ballesteros, do niedawna chyba najlepszy defensor ligi. Stukilowy kolos, imponujący przygotowaniem kondycyjnym i niespotykaną u zawodników tak zaawansowanych wiekowo wydolnością, był sercem drużyny. Hiszpan, poza brutalną siłą, słynął z niebywale czystej gry. Faulował w ostateczności, nigdy nie dawał się wyprowadzić z równowagi. W sobotę było inaczej. Sergio był cieniem samego siebie. Tracił panowanie nad sobą, zaatakował jednego z rywali już po gwizdu sędziego, dostał żółtą kartkę. Zanotował trzy odbiory. Juanfran, jedyny defensor gospodarzy, który nie zawiódł, miał ich siedem, a skrzydłowy Valdo – pięć.
Rozczarował „Nano”, mózg obrony Levante, który może i nie grał tak efektownie i efektywnie jak jego partner, ale za to był odpowiedzialny za te wszystkie sprawy, których często się nie dostrzega. To on rozstawiał kolegów, inicjował pułapki ofsajdowe i pilnował, by nakazy JIM-a były realizowane co do joty. W meczu z Valencią był równie przydatny, co wielka kłoda. Coś tam się od niego odbiło, kogoś zablokował, ale raczej mimowolnie.
Zachwycili Adil Rami i Victor Ruiz. Oglądanie „Los Ches” z solidnym środkiem obrony nie sprawia już takiej frajdy. Jeszcze niedawno przed bramkarzem biegały wynalazki w rodzaju Bruno Saltora czy Angela Dealberta, wtedy było ciekawie. Teraz to wszystko jest rozczarowujące i przygnębiająco monotonne. Atak rywala – czysty, spektakularny odbiór – doskonałe wyprowadzenie piłki. Nuda. A co z podaniami pod nogi wrogich napastników, co z głupimi stratami i faulami w polu karnym? Gdzie są stoperzy? Ubi sunt?
Mów, gdzie są stoperzy dawnej pory?…
Ach, gdzie są niegdysieysze śniegi!
W czasie derbowego meczu te stoperowe sprawy przełożyły się na to, że Valencia bramce Munui zagrażała nieustannie, wchodziła bez problemu w pole karne i bez problemu wymieniała tam podania, podczas gdy Levante było szczęśliwe, gdy przechodziło z piłką na czterdziesty metr od bramki Guaity. Barkero, przez ostatnie miesiące sumiennie wypracowujący sobie pozycję wyróżniającego się na tle ligowych konkurentów mediapunta, w starciach z Ramisem istniał tak bardzo, jak istnieją mrówki w walce z wygłodniałym mrówkojadem z odchyleniami sadystycznymi. Jeszcze mniej na boisku było Konego, który zatracił się w walce fizycznej z ludźmi zdolnymi do przewrócenia wagonu z węglem.












