W ostatniej kolejce La Liga rozegrano trzy szczególnie ciekawe mecze. Każdy z nich nas sporo nauczył. Pochylmy się na chwilkę nad każdym.
Derby Andaluzji
Trzy lata czekaliśmy, by na szczycie hiszpańskiego futbolu ponownie starły się jedenastki Sevilli i Realu Betis. O tym, jak bardzo za tymi meczami tęskniliśmy, przekonaliśmy się chyba dopiero wraz z pierwszym gwizdkiem. 22 piłkarzy grało tak, że chyba nikt nawet przez chwilę nie miał wątpliwości, że to derby. Nikt nie odstawiał nóg, nikt nie żałował zdrowia, wszyscy dali z siebie sto procent. Wynik remisowy był sprawiedliwy. Co prawda Sevilla miała przewagę, ale nie aż tak dużą, by powiedzieć, że zasługiwała na zwycięstwo. Gole Benata i Negredo były chyba najmniej ważnym elementem tej futbolowej wojny. Estadio Benito Villamarin, wypełniony po brzegi rozentuzjazmowanym tłumem, generował hałas niespotykany na innych obiektach. Żadne prawdziwe derby w Hiszpanii nie wytrzymują porównania z meczem Sevilli i Betisu. Derby Madrytu, niezależnie od konfiguracji, kończą się zwycięstwem Realu. Derby Barcelony są bardziej nieprzewidywalne, ale brakuje im atmosfery, zwłaszcza na Camp Nou. A derby Kraju Basków to już twór naprawdę dziwny. Na boisku piłkarze wylewają hektolitry potu, wślizgami dewastują murawę. Do szatni każdy schodzi z jakimś mniejszym lub większym urazem. W tym samym czasie na trybunach jest piknik. Kibice Athleticu Bilbao i Realu Sociedad nie siedzą w swoich sektorach. Wszystko jest przemieszane. Atmosfera czysto sielankowa. Miejmy nadzieję, że za rok do Primera Division awansuje i Deportivo, i Celta. Zdecydowanie za długo czekamy na pierwszoligowe derby Galicji.
Malaga – Barcelona

Ten mecz miał być sprawdzianem dla obu drużyn. Barcelona na wyjazdach prezentuje się słabo, często traci punkty i strzela zazwyczaj mało bramek. Starcie na stadionie Malagi miało być trudne. Drużyna arabskich szejków miała stawić czoła „Blaugranie” i pokazać, że ostatnie słabe wyniki to raczej wypadek przy pracy niż coś poważnego. Nie udało się. Katalończycy wygrali bez trudu, rywalowi starczyło sił na niezły start i zryw w końcówce. Tak grająca Malaga może tylko pomarzyć o Lidze Mistrzów. Z Barceloną przegrać może każdy, ale jeśli myśli się o zawojowaniu Europy, to trzeba potrafić chociaż nastraszyć chłopców Guardioli. Jeśli chce się uniknąć kompromitacji, to trzeba chociaż umieć wyłączyć z gry Messiego. Manuel Pellegrini już przed meczem pozbawił się szans na chociażby remis, posyłając do boju Ruuda van Nistelrooya. Holender to miły gość, ale dobrą formę to on stracił jakieś dwa lata temu. Od tego czasu jedzie tylko na sławie. Gdyby w wyjściowej jedenastce wybiegł Rondon, przynajmniej byłby cień szansy na jakiś niepogromowy wynik. Pellegrini ostatnio zachowuje się jak obłąkany. A to wystawia Cazorlę na pivocie, a to gra bez napastników. Do tego robi masę absurdalnych zmian. Kibice w Maladze już go nie lubią, chcą, żeby odszedł i nigdy nie wracał. Włodarze klubu ustami Fernando Hierro mówią, że Chilijczykowi ufają i ani myślą go zwalniać. Jeśli drużynie przydarzy się jeszcze kilka meczów takich jak ten ostatni, to pewnie i oni zmienią zdanie.











