Nie od dziś wiadomo, że beniaminkowie mają trudne życie po awansie. Ostatnie miejsce w tabeli na koniec rundy jesiennej, podczas przygotowań dużo transferów, o których po meczu ze Śląskiem Wrocław mówiło się tylko negatywnie. Sytuacja mentalna zmieniła się nieco po spotkaniu z Arką Gdynia. Po zwycięstwie 3:2 na własnym stadionie kibice, jak i eksperci przekonują, że jeszcze nic nie jest stracone. W przygotowaniu tekstu pomógł nam dziennikarz „Przeglądu Sportowego” – Leszek Błażyński.
Po premierowym meczu w rundzie wiosennej ze Śląskiem Wrocław wylała się fala krytyki pod adresem sosnowiczan. Krytykowano przede wszystkim przygotowania beniaminka do nadchodzącej rundy. Zarzucano klubowi kiepskie i nieprzemyślane wzmocnienia. Bardzo podobnie sytuacja wyglądała na początku sezonu. Wówczas transfery, które miały pomóc w grze o utrzymanie, delikatnie mówiąc, również nie wypaliły.
Jesienny niewypał
Powiedzieć, że jesień w wykonaniu Zagłębia Sosnowiec nie była udana, to jak nic nie powiedzieć. Beniaminek miał najgorszą defensywę w rundzie jesiennej. W sumie stracili 45 goli. Duży wpływ na słabą postawę miały transfery, których klub dokonał latem.
– Nie przypuszczałem, że Zagłębie w rundzie jesiennej zdobędzie aż tak mało punktów, ale wiadomo było, że sosnowiczanie będą walczyć o utrzymanie. Latem przeprowadzono dziwne transfery – przekonuje Leszek Błażyński z „Przeglądu Sportowego”. – Sprowadzono między innymi Adama Kokoszkę, którego inne kluby nie chciały. Były reprezentant kraju był po przejściach, bo cały poprzedni sezon leczył kontuzję kolana. Sięgnięto też po Brazylijczyka Mello, który jest za słaby na ekstraklasę. Największym rozczarowaniem była jednak gra Piotra Polczaka. Miał być liderem drużyny, a dostosował się poziomem do Arkadiusza Jędrycha i Mateusza Cichockiego. To nie przypadek, że Zagłębie straciło jesienią aż 45 goli.
Wielu uważało, że walka o utrzymanie Zagłębia w rundzie wiosennej to istne „mission impossible”. Niektórzy zastanawiają się też, czy obecna kampania to nie jest powtórka z sezonu 2007/2008. Wówczas sosnowiczanie spadli z hukiem z najwyższej klasy rozgrywkowej, będąc w trudnej sytuacji finansowej.
– Dziesięć lat temu sytuacja była skrajnie inna. Zagłębie miało ogromne problemy finansowe. Ze względu na remont Stadionu Ludowego drużyna grała w Wodzisławiu, a po aferze korupcyjnej klub został ukarany degradacją. Zespół prowadziło w tamtym sezonie pięciu kolejnych trenerów! – tłumaczy Błażyński.
Zbawiciel z Litwy
Na początku października po bolesnej porażce 1:4 z Lechią Gdańsk ówczesny szkoleniowiec Zagłębia – Dariusz Dudek, zdecydował się zrezygnować z pełnienia funkcji trenera. To on wprowadził klub z Sosnowca do ekstraklasy. Niedługo po awansie przyznawał, że walka o utrzymanie będzie bardzo trudna. – Jesteśmy beniaminkiem, który zbyt łatwo rozdaje bramki na lewo i prawo. To są błędy indywidualne, po których trudno się podnieść – mówił po feralnym spotkaniu.











