Throwback Thursday: reprezentacja Brazylii na mundialu w Niemczech


7 stycznia 2016 Throwback Thursday: reprezentacja Brazylii na mundialu w Niemczech

Pamiętacie tamtą pakę? Ronaldinho, Ronaldo, Adriano, Kaka, Roberto Carlos – to tylko niektóre nazwiska reprezentacji, która na Wetlmeisterschaft w 2006 roku pojechała jako wielki faworyt. Kibice złote medale dawali Brazylijczykom już przed turniejem, wierząc, że takiego gwiazdozbioru nikt nie będzie w stanie zatrzymać. Ile par oczu było mokrych od łez, kiedy Henry po dośrodkowaniu Zidane'a pokonał bezradnego Didę i wyrzucił Canarinhos z turnieju?


Udostępnij na Udostępnij na

Na rozegranych w 2014 roku w Brazylii mistrzostwach świata wielu kibiców stawiało gospodarzy w roli jednego z głównych faworytów. Miały pomagać ściany, miała wygrywać wyrównana kadra z Neymarem jako rodzynkiem. Wszyscy wiemy, jak się skończyło – haniebne 1:7 z Niemcami w kanonach historii zapisało się po wsze czasy. Skupmy się jednak na samym składzie – Canarinhos byli stawiani w jednym szeregu z Niemcami czy Hiszpanami, strefa medalowa miała być błahym minimum. Jeżeli taki zespół był faworytem (przynajmniej jednym z kilku), to jak moglibyśmy określić kadrę Carlosa Alberto Parreiry z roku 2006?

Galaktyka na murawie

Brazylia 2006 to konstelacja gwiazd (fot. pcsd.forumfree.it)
Brazylia 2006 to konstelacja gwiazd (fot. Pcsd.forumfree.it)

Bukmacherzy nie pozostawiali najmniejszych wątpliwości – Ronaldo i spółka mieli roznieść wszystkich rywali i drugi raz z rzędu zgarnąć najcenniejsze piłkarskie trofeum na świecie. Co za nimi przemawiało? Czynników było całe mnóstwo. W 2005 roku wygrywając w finale 4:1 z Argentyną, zdobyli Puchar Konfederacji. Na ławce trenerskiej siedział Carlos Alberto Parreira, który smak zwycięstwa w mistrzostwach świata znał doskonale z czempionatu w 1994 roku, podczas którego również z Brazylią sięgał po złote medale. Najważniejszy jednak był zespół.

Zespół. Czy możemy określić tamtą kadrę tym mianem? O tym za chwilę. Fakty są takie: tylko „Galacticos” ze stolicy Hiszpanii mogli się z nimi równać. Liczba gwiazd na metr kwadratowy szatni osiągała poziom, którego badacze – w tym przypadku kibice – nie byli w stanie zmierzyć. Ronaldinho, który zgarnął podwójną koronę z Barceloną i był bezsprzecznie najlepszym graczem na świecie. Wieczny Ronaldo, który miał na tym turnieju pobić rekord bramek strzelonych przez jednego gracza na światowych czempionatach (co zresztą uczynił, a jego rekord utrzymał się aż do 2014 roku i szesnastej bramki Miroslava Klose). Niebywały talent, czyli Kaka, który właśnie zaczynał świecić pełnią blasku.

Adriano i Robinho byli wielkimi nadziejami światowego futbolu (fot. oguiadacidade.com.br)
Adriano i Robinho byli wielkimi nadziejami światowego futbolu (fot. Oguiadacidade.com.br)

Wymieniać dalej? Adriano, szykowany do przejęcia schedy po Ronaldo i przedstawiany jako przyszły najlepszy napastnik na świecie. Robinho ze swoim magicznym dryblingiem. Juninho, któremu przy wolnych nie dorównywał nawet Beckham. W obronie tuzy takie, jak: Roberto Carlos, Lucio czy kapitan Cafu. Na bramce jeden z najbardziej gibkich golkiperów w historii dyscypliny – Dida. Do tego Emerson, Ze Roberto, Gilberto Silva, Cicinho, Juan i jeszcze kilku graczy znanych wszystkim amatorom piłki kopanej. Gwiazd tyle, że starczyłoby wszystkim półfinalistom i nikt nie byłby poszkodowany.

Zinedine Zidane – i wszystko jasne

W grupie wcale nie było kolorowo. Co prawda skończyło się z dziewięcioma punktami na koncie, ale sama gra pozostawiała wiele do życzenia. Rywale również nie należeli do światowego topu – Australii, Chorwacji i Japonii udało się wbić łącznie siedem bramek, tracąc przy tym jedną. Pojawiały się pierwsze głosy sceptycyzmu, mówiące o rychłej porażce Brazylijczyków w przypadku trafienia na silnego rywala w kolejnych rundach. W 1/8 finału los skojarzył „Canarinhos” z Ghaną, która nieoczekiwanie odprawiła z kwitkiem Czechy i Stany Zjednoczone. Było to jednak za mało na podopiecznych Parreiry – Afrykańczycy mecz przegrali już w głowach, a z murawy zeszli z wynikiem 0:3.

Radość Francuzów po golu przeciwko Brazylii (fot. usatoday.com)
Radość Francuzów po golu przeciwko Brazylii (fot. Usatoday.com)

W ćwierćfinale miało dojść do prawdziwego koncertu, gdyż na naszych bohaterów czekali Francuzi. Ci ostatni w turniej weszli jeszcze bardziej niepewnie niż Brazylijczycy, wygrana z Togo oraz remisy z Koreą Południową i Szwajcarią nie wróżyły niczego dobrego ekipie prowadzonej przez Raymonda Domenecha. Już w 1/8 finału „Tricolores” przeszli prawdziwą próbę sił w starciu z Hiszpanią, która ostatecznie zakończyła się wynikiem 3:1. Francuzi musieli odrabiać straty i zrobili to w znakomitym stylu, co wlało wiele nadziei zarówno w serca kibiców, jak i samych zawodników. Mecz z piłkarzami z kraju kawy miał być wojną totalną.

I tak właśnie było. Pierwszy dzień lipca był we Frankfurcie wielkim futbolowym świętem, a zgromadzeni na Commerzbank-Arenie kibice mogli czuć się zaszczyceni, że wzięli udział w wydarzeniu tak doniosłym. Francja wygrała 1:0 po wspaniałej bramce Thierry’ego Henry’ego, któremu idealną centrę z rzutu wolnego posłał Zinedine Zidane. Ten ostatni został zresztą wybrany na najlepszego zawodnika meczu (a później dostał Złotą Piłkę dla MVP turnieju).

Ronaldinho wygrał z Barceloną Ligę Mistrzów w 2006 roku (fot. uefa.com)
Ronaldinho wygrał z Barceloną Ligę Mistrzów w 2006 roku (fot. Uefa.com)

Pierwszy celny strzał Brazylijczycy oddali w 91. minucie, co dobrze pokazuje obraz meczu. Ronaldinho i spółka zagrali zwyczajnie słabo, a na tle Zidane’a, Henry’ego czy ogrywającego się dopiero w kadrze Ribery’ego wyglądali jak dzieci we mgle.

Zwłaszcza ten pierwszy robił z nimi dokładnie to, co chciał, łącznie z żonglowaniem nad głowami rywali. Francuzi doszli do finału (słynny incydent Zidane’a z Materazzim), a Brazylijczycy wrócili do domu już po 1/4 finału. Dlaczego? Jedna z tez mówi o tym, że byli po prostu zbyt zmęczeni niezwykle ciężkim i bogatym w trofea sezonem. Tak tłumaczyło się przede wszystkim grę Ronaldinho, który nie strzelił na mundialu nawet jednej bramki. Przez opinię publiczną właśnie „R10” uważany był za głównego winowajcę klęski – wielkość pociąga za sobą odpowiedzialność. Jednak czy Francuzi nie mieli w nogach sezonu i nie byli zmęczeni?

Brazylia 2006 i 2014 – lekcje pokory

Wróćmy do słowa zespół. Jeśli przestaniemy postrzegać w nim wyłącznie synonim drużyny, będziemy mogli dostrzec, jak wiele trzeba, aby zespołem móc się nazywać. A więc można określić tak grupę ludzi, która razem dąży do celu, która wskoczy za siebie w ogień, jest jednomyślna i nieprzejednana. Czy takie cechy mogliśmy zauważyć u podopiecznych Carlosa Alberto Parreiry w 2006 roku? Wiele spraw nigdy nie ujrzy światła dziennego, ale znane są historie, jakoby piłkarze mieli żonglować dwoma piłkami z nudów na treningach, a przed samym turniejem imprezować zamiast porządnie rozpracowywać potencjalnych rywali.

Znając tryb życia i sposób postrzegania pewnych spraw u wielu rodaków Pelego, możemy traktować podobne historie z dużą dozą prawdopodobieństwa. Jedno natomiast możemy wiedzieć na pewno i tutaj leży główna przyczyna porażki naszych bohaterów: byli zbyt pewni siebie. Zawodnicy znali notowania bukmacherów, oglądali telewizję, do ich rąk trafiała prasa. Widzieli, ile znaczą i ile potrafią – według świata zewnętrznego. Te informacje tylko umacniały ich niemałe poczucie wartości i świadomość umiejętności, które posiadają. Efekt jednak był zupełnie odwrotny do zamierzonego – zamiast z medalami wrócili ze zgrzytem zębów i ze łzami na policzkach.

Po mistrzostwach świata w Niemczech w 2006 roku Ronaldinho już nigdy nie powrócił do dyspozycji sprzed nich. Nie tylko jego turniej rozbił psychicznie – podobny los w niedługim czasie czekał między innymi Adriano. Pompowanie balonika to rzecz karygodna, ale niezwykle popularna i stosowana. Na Brazylijczykach w nowożytnej historii mundiali odbiła się już dwukrotnie. Za dwa lata turniej zagrają w zimnej Rosji – może tam w końcu wyciągną wnioski ze swoich lekcji pokory.

Ostatni odcinek Throwback Thursday opowiadał o alkoholu pod koniec lat 80. w Manchesterze United.

Komentarze
Michał Kołodko (gość) - 4 lata temu

Ale to były czasy...

Odpowiedz
Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze