Freddy Adu – znacie, prawda? Nazwisko na pewno obiło się Wam o uszy. Czy to nie zastanawiające? Dlaczego znane jest Wam nazwisko chłopaka, który w piłce nożnej ma status dowolnego piłkarza II ligi polskiej? Amerykanin osiągnął miano gwiazdy pierwszego sortu w wieku przeciętnego polskiego gimnazjalisty. Dziś biega gdzieś na peryferiach futbolu, a ma dopiero 26 lat. Przed Wami alfabet niedoszłego króla soccera zza oceanu.
Ameryka. Właśnie w Stanach Zjednoczonych Adu stał się sławny, tam też zaczynał swoją pierwszą przygodę z poważną piłką pod okiem Piotra Nowaka. Marketing Jankesów znany jest na całym świecie, a chłopak został jego twarzą w jednej z niewielu dziedzin, w których Amerykanie byli, są i jeszcze długo będą sto lat za… Europejczykami. Gdyby nie zawitał do USA, artykuł nigdy by nie powstał. Legenda Adu prawdopodobnie też nie.
Benfica dała mu szansę w 2007 roku. Na lotnisku w Lizbonie witały go dziesiątki kamer, miał status przyszłego mocarza kopanej i 18 lat na karku. Świat stał przed nim otworem, wystarczyło tylko nauczyć go trochę europejskiej piłki i dyscypliny, aby mógł w końcu pokazać swój talent. Pomagać miał mu Rui Costa, jednak Amerykanin nie wykorzystał szansy. Wybiegał na murawę tylko w 17 spotkaniach, nigdy w pełnym wymiarze czasowym. Przez trzy kolejne lata wypożyczany był do Monaco, Belenenses, Arisu Saloniki oraz Rizesporu. Po pobycie w tureckiej II lidze zakończył europejską przygodę.

Caykur Rizespor (wtedy) to poziom II ligi tureckiej. Taka klasa nie byłaby odpowiednia nawet dla wielu zawodników, od których nie oczekiwano wiele. Ani to prestiż, ani podnoszenie umiejętności. Tam jednak poszło mu najlepiej.
D.C. United wybrało młokosa w drafcie, popularnym po drugiej stronie oceanu sposobie naboru do drużyn wszelakich dyscyplin. W wieku 14 lat Adu został najmłodszym sportowcem w historii USA, od razu dostał najwyższy kontrakt w całej lidze i olbrzymi kredyt zaufania. Zagrał trzy bardzo dobre sezony, wystąpił w niemal 100 meczach, strzelił 11 bramek. Zapomniano jednak, że mowa o chłopaku z mlekiem pod nosem, i oczekiwano od niego o wiele więcej. Przecież miał być amerykańskim Pelem.
Europa była czymś ponad siły młodziana. Przyzwyczajony do bycia numerem jeden, po transferze do Benfiki musiał walczyć o miejsce w składzie. Tak było w każdym kolejnym klubie, relatywnie dobrze grał tylko w II lidze tureckiej. Ciekawe, jak poradzi sobie Martin Odegaard, który w wieku 15 lat grał w pierwszej reprezentacji kraju.












