Widzowie oglądający zmagania o Puchar Króla Hiszpanii musieli być zachwyceni. Takie natężenie świetnych meczów mogło niejednego przysporzyć o ból głowy. W żadnej parze nie było nudno, padło wiele, nierzadko pięknych, goli, faworyci gromili, faworyci byli upokarzani i ogólnie było fajnie.
Barca – Athletic, czyli jak nie wygrać, a wygrać
To była dla Barcelony ciężka przeprawa. Ci, którzy sądzili, że Katalończycy gładko rozjadą Basków, już podczas pierwszego meczu na Camp Nou musieli zrewidować swojego poglądy. Żelazna, nieugięta obrona graczy Joaquina Caparrosa pokazała, że Barcelona nie jest wcale taka straszna, wystarczy się trochę postarać. Guardiola dwa tygodnie temu trochę zlekceważył rywala, sadzając na ławce swoich największych asów. W drugiej połowie w lekkiej panice wpuszczał ich na murawę. Maluchy z La Masii nie odmieniły losów meczu.
W drugim meczu było podobnie, znów żelazna obrona, znów bicie głową w mur. Aż tu nagle gola strzelił Abidal, piłkarz, który strzela tak rzadko, że Organizacja Narodów Zjednoczonych powinna mianować go Ambasadorem Dobrej Woli. Bramka zdobyta na San Mames to dopiero drugie trafienie urodzonego w Lyonie obrońcy. Drugie w ciągu trwającej już ponad dekadę kariery! Koledzy docenili wyjątkowość wydarzenia i obwołali Francuza bohaterem. Świętowania nie popsuł im gol niezawodnego Fernando Llorente. Bramkowy remis wystarczał.
W obu meczach emocji było co niemiara. Liczba ataków, jakie przeprowadziła „Barca”, wymyka się prostej kalkulacji. Trud, jaki włożyli Baskowie w obronę, zasługuje na uwiecznienie. Gdyby żył Tyrtajos, chwaliłby ich niezłomność. Gdyby żył Symonides, napisałby im epitafium.
Real – Levante, czyli nie mamy rezerw
W pierwszym meczu naprzeciwko wystraszonego Levante stanęła zgraja wygłodniałych drapieżników, których siła, szybkość i technika wymykały się opisowi. Chłopcy Mourinho zniszczyli, roznieśli w pył klub z Walencji, nie dając im najmniejszych szans na cokolwiek. Nawet kibice Realu w pewnym momencie poczuli pewnie współczucie dla niszczonych Lewantyńczyków.
W drugim meczu naprzeciwko wystraszonego Levante stanęła zgraja jeszcze bardziej wystraszonych madrytczyków, na których twarzach malowało się coś pomiędzy lękiem, paniką i rezygnacją. Mało kto spodziewał się, że Granero, Canales, Pedro Leon i Benzema są aż tak beznadziejni. Dwaj pierwsi zostali przysłonięci przez wracającego po wielomiesięcznej kontuzji Gago. Jeden „pozytyw” – Dudek – nie jest już w Realu potrzebny, Antonio Adan jest bramkarzem najwyższej klasy.
Dziesięć goli w dwumeczu, piękne zwycięstwo skazywanego na pożarcie beniaminka La Liga, piękna goleada faworyta… To było zdecydowanie dobre starcie, które ostatecznie zadowoliło każdego.
Villarreal – Valencia, czyli nic nie róbmy przez 135 minut, a potem dewastujmy
Pierwszy z dwóch meczów czołowych drużyn La Liga zawiódł. Właściwie więcej niż zawiódł. Był tak nudny, że nie będę się trudził i wymyślał odpowiedniejszego epitetu. Drugie spotkanie było wspaniałe. Po 45 minutach Valencia prowadziła 0:2 i totalnie dominowała. Po 90 minutach na tablicy wyników widniał rezultat 4:2 i Villarreal triumfował. Nie wiadomo, co piłkarze „Los Ches” robili w szatni, ale z pewnością nie miało to nic wspólnego z motywacją, bo na boisko wyszli jak zgraja wystraszonych dzieciaków. Podopieczni trenera Garrido w trzy minuty odrobili straty i potrzebowali jednego gola do zwycięstwa. Strzelili go. Strzelili też czwartego. Gospodarzy do triumfu poprowadził zjawiskowy duet Cazorla – Borja. Doprawdy, ci panowie potrafią kopać futbolówkę. Remontada Villarrealu przejdzie do historii. Trzecia obecnie drużyna La Liga w 45 minut zdominowała świetnego przecież rywala w sposób całkowity. Niezależnie od sympatii klubowych, miło było oglądać te zawody










