Piłkarski świat rządzi się swoimi prawami. Można znaleźć w nim jednak wiele analogii do naszego codziennego życia. Nie chcę wymieniać wszystkich, chciałbym skupić się na jednej. Na chorobie. Nie, może to bardziej epidemia. Może nie dżuma, nawet nie grypa, ale też jest całkiem groźna i ostatnio coraz bardziej powszechna. Podobnie jak zwykły człowiek choruje na grypę, tak kibic może zachorować na sezonowca. Jak się bronić? Potrzebny jest silny układ odpornościowy lub szczepionka. Mam nadzieję, że niniejszy tekst będzie swego rodzaju szczepionką na sezonowca.
Na wspomnianą chorobę cierpi ktoś, kto na przykład w latach 2000-2003 uwielbiał Real Madryt i jego erę „Galacticos” z Zidane’em, Carlosem, Figo i Ronaldo, a o swoim uwielbieniu zapomniał, gdy okazało się, że „Królewscy” nie są już najlepsi. Zaczął namiętnie dopingować inny zespół, który akurat zwyciężał. A że był to chociażby największy wróg, Barcelona, to nic nie szkodzi. Najważniejsze to trzymać stronę najlepszego teamu. Przecież nie można kibicować drużynie, która przegrywa!

Ktoś taki śmie jeszcze mówić, że jest kibicem. Nie, nie, proszę państwa. Nie tak wygląda prawdziwe kibicowanie. Niektórzy, być może słusznie, mówią, że jeśli ktoś jest głupcem, to sam sobie szkodzi. Ale jak taki głupiec potrafi zdenerwować prawdziwego kibica!
Przypomnijmy sobie historię Ronaldo. Ale nie Cristiano Ronaldo, tylko Brazylijczyka, Luiza Nazario da Limy, który 14 lutego zeszłego roku zakończył przygodę z futbolem. Ten znakomity napastnik był czczony przez kibiców oraz niemal wszystkich młodych adeptów futbolu mniej więcej od 1997 roku. Kiedy niecałą dekadę później pojawiły się u niego problemy z utrzymaniem właściwej dla sportowca wagi, w efekcie czego Ronaldo spuścił nieco z tonu, wszyscy nagle się odwrócili.
Raptem okazało się, że określenie „wielki Ronaldo” ma dwa znaczenia – chodziło albo o rozpoczynającego wielką karierę Cristiano, albo o rozmiar brzucha Brazylijczyka.
W tych ciężkich chwilach przy brazylijskim supersnajperze została tylko garstka fanów. Cała reszta zapomniała o swoim idolu. Właśnie tego typu zachowania pozwalają nam wyciągnąć wniosek, że większość „kibiców” wspiera zawodnika tylko wtedy, gdy jest on na topie.
Rzeczą oczywistą jest, że aby zyskać fanów, trzeba sobie na to zasłużyć. Znaczy to tyle, że gdyby zawodnik nie wzniósł się na wyżyny, to nigdy nie zyskałby tylu fanów, ilu miał w okresie apogeum swojej formy były napastnik m.in. Interu i Realu Madryt. Jednak nie w tym tkwi problem. Chodzi o wierność. Bo właśnie na tym polega prawdziwe kibicowanie. Na wierności. To właśnie tej cechy brakuje chorym na sezonowca.
Dzisiaj mamy erę Messiego. Przede wszystkim Messiego. „Wielcy” fani Argentyńczyka kłócą się z „wielkimi” kibicami Cristiano Ronaldo. Piłkarze przez nich wielbieni są w podobnym wieku i momencie swoich karier co Ronaldo, kiedy zyskiwał rzesze fanów. Tak jak on wówczas – są w szczytowej formie. Patrząc na sytuację z boku, można się zastanawiać, ilu z tych kibiców zostanie przy swoich idolach, kiedy ci zaczną obniżać loty. Odpowiedź może być jedna: niewielu. Bo z jakiej racji coś miałoby się zmienić?










