W najciekawszym środowym meczu Valencia zremisowała na Estadio Mestalla z Atletico 1:1. W meczu zespołów z ambicjami sięgającymi co najwyżej środka tabeli, Real Saragossa podzielił się punktami z Herculesem Alicante, który nie tak dawno napsuł wiele krwi potentatom: Barcelonie i Valencii.
Bez bramek w Saragossie
Real Saragossa poszukuje własnej tożsamości po druzgocącej porażce na własnym stadionie z Malagą. Kres poszukiwań nie przyniósł wyjazd do Santander, gdzie podopieczni Jose Gaya przegrali z jeszcze słabszym wydawałoby się Racingiem. W meczu z Herculesem Real potrzebował zatem punktów, inaczej sytuacja zaczęłaby się robić naprawdę nieciekawa.

W pierwszej połowie spotkania na La Romerada emocji zdecydowanie brakowało, obydwa zespoły stworzyły zaledwie cztery jako takie sytuacje do zdobycia bramki. Lepiej zaczęli gospodarze, którzy pomiędzy 9. a 11. minutą zmusili Calatayuda do niemałego trudu. Najpierw groźnie główkował Bertolo, zaś chwilę później w polu karnym Herculesa zakotłowało się po rzucie wolnym podyktowanym za faul na aktywnym Florencie Sinama-Pongolle. Rzutów wolnych Saragossa wykonywała zresztą mnóstwo, defensorzy gości starali się bowiem wypychać ich jak najdalej od własnej bramki i nie wahali się faulować w środkowej strefie. Jeśli chodzi o akcje ofensywne, to po stronie Herculesa aktywni byli skrzydłowi, Drenthe i Rufete (zastępujący kontuzjowanego Valdeza), jednak mimo dużej liczby dośrodkowań, David Trezeguet nie był w stanie znaleźć sobie miejsca i wygrać walki z dwójką stoperów.
W 32. minucie gospodarze stanęli przed szansą na objęcie prowadzenia, do piłki z głębi pola dobrze ruszył Sinama-Pongolle, wygrał pojedynek z Pamarotem, jednak nie zdążył już oddać celnego strzału na bramkę Calatayuda. Chwilę później swoją szansę miał Hercules. Po dośrodkowaniu Drenthe piłka trafiła do Aguilara. Pomocnik uderzył, futbolówka odbiła się od obrońców gospodarzy i trafiła do Tote. Ten kopnął już piłkę w światło bramki. Przytomna interwencja Franco uchroniła Real przed utratą gola.
W drugiej połowie podopieczni Jose Gaya poszli za ciosem. Już na początku wywalczyli rzut rożny, po którym groźnie strzelał Jiri Jarosik. Stoper gospodarzy podążył za stałym fragmentem pod bramkę przyjezdnych i oddał strzał, który przeleciał zaledwie kilka centymetrów nad poprzeczką. Ataki Realu trwały nadal, piłka znajdowała się przeważnie na połowie Herculesa, jednak kibicom zgromadzonym na La Romerada przez dłuższy czas nie było dane oglądać klarownych sytuacji.
Takowa miała miejsce w 62. minucie, kiedy ponownie Jarosik, tym razem mocnym strzałem z dystansu, zmusił Calatayuda do wysiłku. Golkiper złapał jednak atomowe uderzenie Czecha z 25 metrów. Chwilę później lepszy od kolegi próbował być Lafita, jednak i jemu bramkarz Herculesa nie dał się pokonać. Kilkadziesiąt sekund później piłka przeniosła się na drugą stronę boiska, a tam umiejętnościami błysnął Leo Franco, broniąc strzał Trezegueta. Kolejny groźny atak gości również przyniósł dobre uderzenie, tym razem Roystona Drenthe, jednak argentyński bramkarz po raz kolejny nie dał się pokonać. W samej końcówce spotkania piłkę meczową miał jeszcze Marco Perez, ale tak jak w poprzedniej kolejce, w dogodnej sytuacji nie potrafił umieścić piłki w siatce.












