Po raz pierwszy od 107 lat w jednej kolejce przegrały i Real, i Barcelona. Ludzie w Hiszpanii wylegli na ulice, „zwalali pomniki i rwali bruk”, doszło do przypadków kanibalizmu. W podmadryckim Mostoles splądrowano dom Casillasa. W podmadryckim Torrejon splądrowano dom Gutiego, tak dla zasady. W Katalonii szpital, w którym przechodzi badania Gabi Milito, został obrzucony koktajlami Mołotowa, a posiadłość Pepa Guardioli od doby otacza szczelny kordon policji.
A nie. Przecież przecież liga jest skończona. Nie budzi emocji.
Barcelona pojechała na Anoeta tak pewna siebie jak Alaksandr Łukaszenko przed ogłoszeniem wyników kolejnych, uczciwych jak cholera, wyborów. Pojechała w składzie mocno rezerwowym, strzeliła gola i położyła się na murawie, zastanawiając się, czy rywal wyrwie jej zwycięstwo. Wyrwał. Liga ciągle jest w jej rękach, mecz bez historii, poza dwoma wydarzeniami.
Bramka Thiago padła po podaniu adresowanym do Messiego. Nikczemnej postury Argentyńczyk nie był w stanie jej opanować. Tak jest, panie i panowie, ten futbolowy szaleniec nie był w stanie czegoś zrobić. Piszę o tym, bo Leoś ostatnio grał tak, że powoli tracił kontakt z szarym światem śmiertelników. Teraz mamy jakiś punkt zaczepienia. No tak, ograł w pojedynkę obronę Realu, strzelił 52 gole w 51 meczach, ale… nie przyjął piłki! Współczuję nam.
Myślę, że najważniejszą informacją wieczoru był kontuzja Gabiego Milito wykluczająca go z gry do końca sezonu. Rodak Messiego przestanie wreszcie sabotować mecze Barcelony. Gdyby Pepem nie kierowała jakaś chora chęć bycia sprawiedliwym wobec swojego podopiecznego, Gabi już dawno grałby w rezerwach.
Real wyszedł na Bernabeu pewny siebie jak Nursułtan Nazarabajew czekający na wyniki wyborów, przegrał z Saragossą i ostatecznie obudził się ze snu o potędze. Rywal przez większą cześć drugiej połowy bronił się dziewięcioma piłkarzami, Madryt szaleńczo szturmował bramkę, ale sił starczyło na dwa gole. Tak jak przy Barcelonie, na uwagę zasługują dwa wydarzenia.
Okazuje się, że najlepszym defensywnym pomocnikiem ligi jest Pepe. Z Saragossą był wszędzie, nawet na skrzydle. Asekurował obronę, odbierał piłki, wyprowadzał ataki. To był Superpepe. Liderował w stylu, jakiego potrzebuje drużyna. Krzyczał, machał rękami, tłumaczył, przekonywał. Razem z Xabim, który autorytet buduje głównie nimbem swej boskości, przez kilka lat mogą być sercem drużyny. Pod warunkiem że Mourinho kupi stopera, a najlepiej dwóch.
Dwóch, bo Ricardo Carvalho wczoraj mnie zdenerwował. Jeśli ktoś mnie denerwuje, jego dni na Santiago Bernabeu są policzone. Patrzenie, jak Portugalczyk niemal wyszarpuje piłkę spod nóg Nacho i podaje ją najbliższemu koledze, było przykre. Zrozumiałbym, gdyby po przejęciu futbolówki podbił ją, przerzucił nad głowę i mocarną przewrotką podał ją Higuainowi, ale on po prostu ośmieszał młodego wychowanka! Ośmieszanie młodych wychowanków to nie jest coś, co zasługuje na chwałę.
Gwoli ścisłości, Realowi należał się rzut karny za faul na Kace, a Barcelonie należało się uznanie gola Gabiego Milito. Krzywdzenie gigantów to nic złego, naprawdę.










