Druzgocące porażki Legii i Celticu w LM to kolejny pretekst do tego, aby tematem dnia znów była Superliga. Tymczasem gdzieś w czeluściach „pucharu pocieszenia” rozegrano wczoraj dwa spotkania z potencjalnymi członkami planowanego projektu. Zarówno Manchester United, jak i Inter Mediolan swoje mecze przegrały, w obu przypadkach będąc zdecydowanymi faworytami. Należy więc zadać sobie pytanie: czy dziś tylko bogaci mogą grać w wielką piłkę?Zacznijmy od rzeczy podstawowej – darujmy sobie rozmowę o tym, że Manchester i Inter nie podchodzą do Ligi Europy na poważnie. Oba zespoły zagrały niemal pierwszym garniturem, w obu z ławki wchodziły największe gwiazdy, oczywiście o ile nie było ich na murawie od pierwszego gwizdka. Pogba, Martial, „Ibra”, Icardi, Banega, Candreva – wszystkich ich oglądaliśmy wczoraj w Lidze Europy.
Manchester przegrał na wyjeździe 0:1 z Feyenoordem po typowym meczu rodem z holenderskiej Eredivisie. Kto był lepszy? Oba zespoły grały podobnie, zwycięska bramka jak najbardziej zasłużona. Inter przegrał na San Siro z Happoelem Beer Sheva 0:2, w całym spotkaniu oddając dwa razy mniej celnych strzałów niż goście z Izraela. Na pewno znajdą się tacy, którzy będą bronić „potentatów”. Tutaj pojawiają się paradoksy.
Pierwszy – sam fakt, że Manchesteru i Interu trzeba BRONIĆ po meczach w Lidze Europy, jest godzien salw śmiechu. Na przestrzeni ostatnich ośmiu lat zarówno Anglicy, jak i Włosi tryumfowali w Lidze Mistrzów oraz seriami zgarniali mistrzostwa kraju. Kolejny paradoks, jeśli weźmiemy pod lupę wyimaginowane drugie garnitury – Happoel Beer Shewa? Z całym szacunkiem dla byłego klubu Meliksona – kilka lat temu jeden na stu fanów „Nerazzurrich” potrafiłby twierdząco odpowiedzieć, zapytany o znajomość choć jednego zawodnika Happoelu. Teraz Miguel Vitor i Maor Buzaglo wryli się w pamięć tifosich.
Zarówno Manchester, jak i Inter aspirują do grona klubów założycielskich Superligi. Z Feyenoordem i Happoelem powinny wygrywać i trzecim garniturem. Zwłaszcza kiedy po murawie biegają piłkarze za 100 milionów euro.
Mocny czy bogaty – oto jest pytanie
Superliga ma być rozgrywkami, w których uczestniczyć będą najlepsze najbogatsze kluby Starego Kontynentu, po kilku przedstawicieli z pięciu topowych lig Europy. Po pięć drużyn z Anglii i Hiszpanii, cztery z Włoch, po trzy z Niemiec i z Francji. To tylko założenia niepoparte faktami, jednakże zapewne zbliżone do realnych założeń organizatorów. Dlaczego? Bo liczy się kasa.
Sens zbudowania tego projektu? Odizolowanie mocarzy od maluczkich, którzy już dawno zgubili trop za pieniędzmi tych pierwszych i do tego poziomu nie doskoczą. Ponadto jeszcze więcej pieniędzy – byłaby to przecież najchętniej oglądana liga piłkarska na świecie, same najlepsze zespoły! Otóż nie, na pewno nie najlepsze. Najbogatsze – co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Z największą liczbą fanów, liczonych w dziesiątkach milionów – zgoda. Mimo tego rozrywka na najwyższym poziomie winna być serwowana przez najlepszych, a nie tych, którzy za swoje role inkasują największe kontrakty.
Superliga ma być rozgrywkami, w których uczestniczyć będą najbogatsze kluby Starego Kontynentu. Rozrywka na najwyższym poziomie winna być jednak serwowana przez najlepszych, a nie tych, którzy za swoje role inkasują największe kontrakty.











