Tony Pulis zdjął swój charakterystyczny kaszkiet i rzucił nim niczym Tim Sherwood słynnym już bezrękawnikiem. Dlaczego? Ano dlatego, że Kick&Rush oficjalnie odeszło do lamusa. Jeśli o Stoke City, do niedawna głównej twarzy kampanii na rzecz obrony archaicznego futbolu, „Sky Sports” pisze, tu pozwolę sobie zacytować, „grają sexy football”, to bez dwóch zdań możemy ogłosić upadek angielskiej myśli szkoleniowej. Na Britannia Stadium od dwóch sezonów swoje mecze rozgrywa „Stokelona”. Jednak obecne rozgrywki, jak dotychczas, nie przebiegają po myśli piłkarzy Marka Hughesa.
„Barcelona ze Stoke”. Nie, to nie sen ani tytuł najnowszej powieści science-fiction. To się dzieje tu i teraz, na naszych oczach. Termin, do niedawna, z pogranicza abstrakcji i głupoty, dziś pokrywa się z rzeczywistością. Metamorfoza, jaką przeszła drużyna z Britannia Stadium na przestrzeni ostatnich dwóch, trzech sezonów jest doprawdy niesamowita. Kontrast między zespołem niegdyś prowadzonym przez Tony’ego Pulisa a tym, którym opiekuje się Mark Hughes, jest olbrzymi.
W nowoczesnej piłce posiadanie piłki jest kluczowe. Oczywiście w tej chwili oburzyły się całe rzesze statystyków i kibiców. Przecież mecze wygrywa się bramkami, a nie posiadaniem piłki. Owszem, ale trudno zdobyć gola, gdy przez 75 minut non stop biega się za piłką, która płynnie wędruje między nogami przeciwników. Takie myślenie podziela Mark Hughes, ale trudno się dziwić, ponieważ w latach 86–88 był zawodnikiem Barcelony. Choć w stolicy Katalonii nie zrobił olśniewającej kariery, to sposób postrzegania futbolu, który narzucono mu na Camp Nou, próbuje przenieść na angielską ziemię. Wybrał sobie absurdalnie trudny grunt – Stoke City.
Stara trenerska prawda mówi, że system gry dopasowujemy do zawodników, a nie odwrotnie. Hughes jest jednak przekorny – do siermiężnych i topornych piłkarzy Stoke dokooptował młodych, dobrze wyszkolonych graczy, którzy mieli dodać szczyptę fantazji do gry „The Potters”. W ten sposób, na przestrzeni trzech sezonów, do zespołu dołączyli Krkić, Arnautović, Muniesa, Affellay, Joselu i absolutna transferowa bomba – Xherdan Shaqiri. Systematyczna, rzetelna i solidna praca sztabu szkoleniowego z Hughesem na czele przyniosła wymierne korzyści. Zmienił się nie tylko sposób gry Stoke, który stał się o wiele bardziej przyjemny dla oka, ale także postrzeganie drużyny w półświatku angielskiego futbolu. Niegdyś wyjazd na Britannia Stadium wiązał się ze sporym prawdopodobieństwem połamanych kości i rozbitych głów. Dziś, każdy kto udaje się do „zimnego i deszczowego Stoke”, musi się przygotować na spore problemy wynikające ze sporych umiejętności piłkarzy „Garncarzy”. Zmieniło się także to, co dla kibiców, włodarzy i pewnie dla samych piłkarzy było najważniejsze – miejsce w tabeli. Po wielu latach błąkania się w dolnej połówce tabeli, Stoke dwukrotnie zajęło 9. miejsce.











