Walka zarówno w górnych, jak i dolnych rejonach tabeli staje się coraz bardziej zacięta. W sobotę Tottenham, ani przez chwilę nie martwiąc się końcowym rezultatem, pokonał Huddersfield i w bardzo zdecydowany sposób zgłosił swoją kandydaturę do walki o wicemistrzostwo.
Son nie przestaje strzelać
To może być naprawdę przełomowy rok dla „Kogutów”. Co do tego, że podopieczni Mauricio Pochettino wyszli z cienia lokalnego rywala – Arsenalu – nikt już nie ma wątpliwości, Tottenham tymczasem stale udowadnia, że jest drużyną przygotowaną również do walki o najwyższe cele. Tym razem ofiarą „Kogutów” padło Huddersfield, które nie potrafiło przedstawić londyńczykom absolutnie żadnych piłkarskich argumentów.
Po raz kolejny swoją chęć dołączenia do grona najlepszych graczy Premier League zasygnalizował Son – w sobotę Koreańczyk dopisał do swojego imponującego dorobku bramkowego kolejne dwa gole. Pochettino niewątpliwie ma pod sobą grupę piłkarzy, na których może liczyć niezależnie od okoliczności, oprócz Sona należą do niej Kane, Eriksen, Alli czy wielki wygrany tego sezonu Moussa Dembele. Wszyscy oni odegrali kluczową rolę w dzisiejszym meczu na Wembley. Kane, choć tym razem bramki nie zdobył, popisał się godną samego Christiana Eriksena asystą, środkiem pola rządził nieustępliwy Dembele, a szyki obronne pod nieobecność Aldeireirelda trzymali Davinson Sanchez z Janem Vertonghenem.
David Wagner bardzo szybko zrozumiał, z jaką siłą przyjdzie się dzisiaj zmierzyć jego ekipie i już w 33. minucie dokonał korekty w składzie. Boisko opuścić musiał, wyraźnie sfrustrowany tym faktem, Collin Quaner. Druga, wymuszona przez kontuzję zmiana, sprawiła, że przez następne 45 minut niemiecki trener mógł dokonać zaledwie jednej roszady. W końcówce spotkania dobrą szansę zmarnował wprowadzony na boisko Tom Ince, z którego strzałem bez problemu poradził sobie Lloris. Finalnie „Koguty” były stroną przeważającą od początku do końca i wciąż pozostają ekipą, która w 2018 roku nie doznała jeszcze porażki. Juventus ma powody do zmartwień?
Allardyce stracił swoją moc?
Biorąc pod uwagę filozofię piłkarską obu menedżerów, poziom rozgrywanego na Turf Moore spotkania możemy określić jako całkiem dobry. Podopieczni Seana Dyche’a, dla którego był to już 250 mecz w roli menedżera Burnley nieźle weszli w mecz i bardzo prostymi, acz całkiem skutecznymi metodami starali się zagrozić bramce Pickforda. Anglik jednak był na posterunku, popisywał się bardzo efektownymi i – co najważniejsze – skutecznymi interwencjami. Bardzo dobrze wyglądała też gra Aarona Lennona, który jak się wydaje, w końcu odnalazł swoje miejsce na ziemi.












