Dzisiejszy odcinek podsumowania kolejki Primera Division w całości zostanie poświęcony drużynie Levante. Może nie jest to ekipa, która będzie walczyła o mistrza, ale jej wyniki sprawiają, że warto przybliżyć kibicom profil zespołu Juana Martineza.
Gdy w ostatnim okienku transferowym klub opuszczali trener-cudotwórca, Luis Garcia, oraz snajper-cudotwórca, Felipe Caicedo, nikt nie przypuszczał, że Levante będzie w stanie walczyć o coś więcej niż utrzymanie. Mały budżet, słabi piłkarze, nowy szkoleniowiec… Nic nie przemawiało na korzyść zawodników z Walencji.
Za nami sześć ligowych kolejek. Levante w dwóch pierwszych zanotowało remisy. Potem cztery razy wygrało. Świetna passa rozpoczęła się od meczu, klękajcie narody, z Realem Madryt. Podopieczni Juana Martineza mieli trochę szczęścia, bo „Królewscy” na ich stadion przyjechali w formie, która pozwalała sądzić, że poprzedni tydzień spędzili chlejąc na umór. Ale gorszy dzień rywala nie odegrał tak wielkiej roli, jak można by było przypuszczać. Bo Levante było od Realu lepsze. Troszeczkę, ociupinkę, ale lepsze. To wystarczyło. Potem gracze z Walencji pojechali do Vallecas i ograli wcale nie takie słabe Rayo, u siebie odprawili z kwitkiem Espanyol, a w ostatni weekend skromnie pokonali dotychczasowego lidera z Sewilli. Prawdziwy test podopieczni trenera Martineza przejdą w dwóch najbliższych rundach spotkań – najpierw Malaga, potem Villarreal. Jeśli zgarną w nich więcej niż punkt, zostaną oficjalną sensacją rozgrywek. Gdy tak się stanie, Sergio Ballesteros otrzyma prawo używania zamiast kapitańskiej opaski wieńca laurowego, a Gustavo Munua będzie mógł przyozdobić bramkę polnymi kwiatami. Swoją drogą urugwajski golkiper jest aktualnie liderem wyścigu o Trofeo Zamora – w sześciu meczach dał się pokonać tylko trzy razy!
Przeciętny futbolowy kibic, mam przynajmniej taką nadzieję, o Levante wie tyle, co o wojnie zuluskiej. Rzucając okiem na skład tego zespołu, z pewnością rozpozna strapioną facjatę Asiera del Horno, być może przypomni sobie, że ktoś taki jak Farinos grał swego czasu w Valencii i Interze. Niewykluczone, że w głowie kołatały będą nazwiska Ballesterosa, Kone i Arandy. Ale pozostałych dwudziestu graczy to praktycznie anonimy. Anonimy mają to do siebie, że nikt w nich nie wierzy, a co za tym idzie, nie ma presji. A gdy nie ma presji, to jest spokój i luz.
Bramkarz, Gustavo Munua, to bramkarz solidny. Jeden z tych, którzy nawet po roku bez gry wchodzą na murawę i bronią, co tylko są w stanie obronić. Bez spadków formy, bez zwyżek formy. Solidna marka, w sam raz na Levante. Przed nim, nie licząc odliczających dni do emerytury Ballesterosa i Del Horno, grywają zazwyczaj „Nano” i Javi Venta. Ten pierwszy to niezły ligowiec, w swoim CV mający występy w Getafe i Betisie. Ten drugi to ligowiec momentami ponadprzeciętny. Był czas, gdy ocierał się o kadrę Hiszpanii. Teraz o nic, miejmy nadzieję, się nie ociera, ale gra dobrze. Obronie Levante, patrząc na kolektyw, trudno cokolwiek zarzucić. Grają dobrze, ale trudno się dziwić. Jeśliby zamiast Asiera del Horno postawić na Juanfrana Garcię, co wcale nie jest decyzją szokującą, to średnia wieku defensorów wynosiłaby 34 lata. Doświadczenie jest wielką siłą, zwłaszcza w takiej lidze jak Primera Division. Szybkonogiego Navasa nie da się dogonić, nie można też liczyć, że pod wpływem presji zepsuje podanie – trzeba jednym ruchem futbolówkę mu odebrać. Jeśli przy tym Hiszpan zostanie poturbowany, trudno. Ważne, ze piłka będzie po właściwiej stronie.










