Mistrz Szkocji po raz kolejny męczył się z teoretycznie słabszym przeciwnikiem. Nic więc dziwnego, że Rangersi nie radzą sobie w europejskich pucharach.
Jeszcze kilka miesięcy temu Glasgow Rangers nie miał sobie równych. Wygrywali ze wszystkimi. Dzisiaj każdy mecz, nawet z teoretycznie słabszym rywalem, wywołuje u przeciętnego kibica dreszcze. Podopieczni Waltera Smitha od dłuższego czasu prezentują się słabo i tylko dzięki szczęściu zdobywają punkty. Ale czy w ten sposób da się obronić tytuł mistrza Szkocji?
Dzisiaj po raz kolejny Rangersi w kiepskim stylu zdobyli trzy punkty i tymczasowo, o ile Celtic nie przegra swojego meczu, zajęli pierwsze miejsce w tabeli. Na McDiramid Park ku zaskoczeniu wszystkich to gospodarze dyktowali tempo gry. Swoją pierwszą szansę wykorzystali już w 17. minucie. Fani St. Johnstone oszaleli, jednak nie zdawali sobie sprawy z tego, że to będzie początek końca. Im mniej czasu zostawało do przerwy, tym lepiej wyglądała gra Rangersów. Mistrzowie Szkocji stwarzali sobie dobre sytuacje, jednak brakowało wykończenia. Dopiero w 40. minucie wyrównującego gola zdobył Kris Boyd.
Po zmianie stron widać było, że goście wyszli na drugą połowę mocno zmotywowani. Niestety, chęci na grę starczyło tylko na kilkanaście minut, później kibice zgromadzeni na McDiramid Park oglądali dość nudny spektakl. Glasgow Rangers najwyraźniej przyjęło taktykę, że im bliżej końca, tym trzeba grać lepiej. W 80. minucie trzy punkty swojemu zespołowi dał Sasa Papac.
Fani na pewno cieszą się ze zwycięstwa, jednak patrząc przez pryzmat najbliższego meczu Ligi Mistrzów, jeśli Glasgow Rangers nie poprawi swojej gry, to znów przegra kolejny mecz w europejskich pucharach.










