Wczoraj na boiskach La Liga rozegrano cztery mecze i tylko w jednym przypadku możemy powiedzieć, że wynik nie był zaskoczeniem. Rozkręcający się sezon Primera Division z każdą kolejką staje się coraz ciekawszy.
Real Sociedad – Celta Vigo 2:1

Po laniu na Camp Nou Baskowie z San Sebastian mieli prawo czuć się niepewnie. Ich rywalem był co prawda beniaminek, ale nie beniaminek z gatunku „poleżę sobie, wy strzelajcie gole”. Celta w poprzedniej kolejce rozegrała świetny, niestety zakończony porażką, mecz z Malagą. Galisyjczycy prezentowali się wtedy momentami po prostu znakomicie. „Txuri-urdin” bali się takiej formy rywala. Ich najgorsze koszmary na szczęście się nie spełniły. Celta wyraźnie spuściła z tonu, a Baskowie wyraźnie wstali z kolan. W pierwszej połowie Agirretxe i spółka jak szaleni ostrzeliwali bramkę gości. Gdyby nie nieszczęsne słupki i poprzeczka, chłopcy Montaniera już na przerwę schodziliby z prowadzeniem. Na pierwsze trafienie musieliśmy jednak czekać aż do 49. minuty. Wtedy niespodziewanie do siatki Claudio Bravo trafił były zawodnik londyńskiej Chelsea, Quique de Lucas. Skrzydłowy Celty dał nadzieję gościom, ale szybko została im ona odebrana przez znakomitego tego wieczoru Imanola Agirretxe. Bask najpierw w minucie 53. wyrównał, a potem w 60. dał swojej ekipie w pełni zasłużone prowadzenie. Taki wynik dotrwał już do końca spotkania. Baskowie wygrali skromnie, ale pewnie nie rozpaczają nad rozmiarami wiktorii. Liczą się trzy punkty. Pierwsze w sezonie.
Betis – Rayo 1:2
Gdy tydzień temu Andaluzyjczycy z Sewilli wbijali pięć goli Athleticowi, wydawało się, że może na naszych oczach rodzi się kolejny pretendent do walki o miejsce premiowane grą w europejskich pucharach. Druga kolejka boleśnie zweryfikowała jednak mocarstwowe plany ekipy Pepego Mela. Na Benito Villamarin przyjechało Rayo Vallecano i od razu rzuciło się rywalowi do gardła. Madrytczycy zaskoczyli przeciwnika defensywą złożoną z trzech zawodników, a także niebywałą wolą walki. W Betisie niestety znów szwankowała obrona. W pierwszej połowie, po otrzymaniu silnego ciosu w głowę, murawę na noszach opuścił lider defensywy, Brazylijczyk Paulao. Bez niego gra „Los Beticos” wyglądała momentami karykaturalnie. Para stoperów zachowywała się tak, jakby pierwszy raz widziała się na oczy, bramkarz Fabricio za cel postawił sobie chyba sprawienie, by w następnej kolejce między słupkami stanął jego konkurent Casto Espinosa, wszystko się sypało. A Rayo grało jak Barcelona dla ubogich. Bez wirtuozów środka pola, ale z setkami podań, bez genialnych zawodników ofensywnych, ale z dogodnymi okazjami do strzelenia gola. No i z Leo. Nie z Leo Messim, ale z Leo Baptistao, 19-latkiem z Brazylii. Młodzian, debiutujący w tym meczu w La Liga, najpierw już w 2. minucie wypracował gola „Pitiemu”, a później w minucie 62. sam pokonał Fabricio. W międzyczasie do siatki Rubena trafił jeszcze najlepszy strzelec Betisu, Jorge Molina, jednak ostatecznie rachunek zysków i strat był niekorzystny dla gospodarzy – przegrali 1:2. Bohaterem i zdecydowanie najlepszym zawodnikiem spotkania był Leo, który – kto wie – może już niedługo będzie grał w klubie znacznie lepszym niż podmiejskie Rayo?












