Kibice poza Wrocławiem patrzą na losy Śląska z obojętnością, a jego prawdopodobną degradację jeszcze do niedawna traktowali z dużym dystansem. Niestety runda finałowa Lotto Ekstraklasy powiedziała: sprawdzam i czarny scenariusz staje się faktem – Śląsk ląduje w strefie spadkowej. Już nawet sami sympatycy WKS-u otwarcie mówią o wyroku, który niebawem może nadejść, ale… przecież nadzieja umiera ostatnia.
Nic nie dzieje się przypadkowo, dlatego dzisiejsza sytuacja w Śląsku Wrocław jest być może swoistym apogeum ostatnich bezproduktywnych lat. Krótko mówiąc, klubowi od dłuższego czasu brakuje długoterminowych planów na przyszłość oraz piłkarzy, którzy za klubowe barwy oddaliby serce. Wygląda to tak, że wrocławski kolos stanął przed wizją upadku w momencie, gdy nie ma absolutnie żadnych argumentów, żeby stawić mu czoła. Co prawda do końca sezonu zostało jeszcze pięć kolejek, ale trudno o optymizm.
Mecz z Górnikiem naświetlił powtarzające się problemy
Przed wczorajszym starciem chyba nikt nie miał wątpliwości, że zdobycie w nim choćby jednego punktu będzie niemałym wyzwaniem. Piłkarze z Zabrza mierzyli się z zespołem Vitezslava Lavicki kilka tygodni temu i wyszli z tamtego spotkania zwycięsko, a potem odnieśli kolejny triumf z Arką Gdynia. Obie ekipy były zatem w zupełnie innych nastrojach, gdyż wrocławianie podchodzili do tego meczu po trzech porażkach z rzędu i to bez strzelenia bramki. Cóż, ten wieczór przyniósł przełamanie, ale tylko połowiczne.
Nie można wygrać meczu, jeśli linia pomocy jest skrajnie bezproduktywna. Z poziomu trybun dało się zauważyć, że w zespole Śląska kuleje coś, czego od dłuższego czasu po prostu… nie ma. Krytyka jest skierowana szczególnie w kierunku Krzysztofa Mączyńskiego, który w poczynaniach ofensywnych nie potrafi wykrzesać swojego potencjału. A on go przecież ma, tylko że w Śląsku nie gra na tyle dobrze, by spełnić oczekiwania kibiców. Ci po meczu udzielili piłkarzom słownej reprymendy, która akurat „Mąkę” dotknęła najbardziej.










