Miało być profesjonalne zarządzanie, prywatyzacja i budowanie silnego klubu. Zamiast tego mamy kolejne miliony z publicznej kasy, nieudane próby sprzedaży, rozmytą odpowiedzialność, sportową frustrację i kolejną zmianę koncepcji, trudno już zliczyć którą. Śląsk Wrocław od lat jest zakładnikiem miejskiej polityki, a rachunek za tę farsę płacą mieszkańcy. Najwyższą cenę płacą jednak kibice, którym cierpliwość zwyczajnie się kończy. I trudno im się dziwić.
Po każdym meczu Śląska Wrocław staram się analizować to, co wydarzyło się na boisku. Szukam przyczyn porażek, oceniam decyzje trenerów, postawę zawodników i organizację gry. Coraz częściej dochodzę jednak do wniosku, że to zajęcie przypomina leczenie objawów choroby, której źródło znajduje się zupełnie gdzie indziej.
Największy problem Śląska Wrocław nie siedzi na ławce trenerskiej ani nie biega po boisku. Największy problem tego klubu od lat znajduje się w gabinetach wrocławskiego ratusza.
Dopóki to się nie zmieni, będziemy oglądać kolejne odsłony tego samego żenującego spektaklu. Zmieniają się prezesi, dyrektorzy, trenerzy i piłkarze. Nie zmienia się tylko jedno – właściciel, który nie potrafi stworzyć warunków do stabilnego funkcjonowania klubu, ale zawsze potrafi wyciągnąć kolejne publiczne pieniądze na pokrycie skutków tej nieudolności.
Wyborcze obietnice mają wyjątkowo krótką datę ważności
Kwiecień 2024 roku. Jacek Sutryk walczy o reelekcję. Na potrzeby kampanii wyborczej przedstawia kolejne obietnice dotyczące funkcjonowania miejskich spółek. Wśród nich znajduje się również prywatyzacja Śląska Wrocław i zakończenie finansowania klubu przez spółki komunalne.
Śląsk Wrocław nie będzie sponsorowany przez miejskie spółki. Oczekuję, że zarząd klubu będzie skutecznie pozyskiwał środki na działalność drużyny z rynku komercyjnego. (…) Zamierzamy sprywatyzować klub.
Jacek Sutryk, 16 kwietnia 2024
Brzmi rozsądnie. Wreszcie ktoś dostrzega, że zawodowy klub piłkarski nie powinien być uzależniony od politycznych decyzji i publicznej kroplówki.
Sutryk wygrywa wybory. Co dzieje się później?
Przypomnijmy. W 2023 roku Śląsk wyceniono na około 8,5 mln zł. Rozmowy o zakupie akcji prowadziła firma Westminster. Negocjacje przeciągały się miesiącami, aż doczekaliśmy się wyborów samorządowych i zdobycia przez Śląsk wicemistrzostwa Polski.
Wówczas ratusz przedstawił nową wycenę klubu – 53-55 mln zł. Wartość Śląska w oczach miejskich urzędników wzrosła ponad sześciokrotnie!
Oczywiście wicemistrzostwo Polski miało wpływ na wartość klubu. Nikt rozsądny temu nie zaprzecza. Ale czy naprawdę uzasadniało tak gigantyczny wzrost wyceny spółki, która nadal wymagała wielomilionowego finansowania?
Westminster zrezygnował. Prywatyzacja zakończyła się fiaskiem.
Nie twierdzę, że celem ratusza było celowe odstraszenie inwestora. Twierdzę natomiast, że taki był efekt podjętych decyzji. Mieszkańcy mają pełne prawo pytać, dlaczego proces rozpoczęty z konkretnym zainteresowanym zakończył się właśnie w ten sposób.
Wyborcze deklaracje są darmowe, ale za ich niespełnienie płacą już inni.
Najpierw odrzucili Kucharskiego. Potem uznali, że Iwański nie daje gwarancji finansowych
Kolejna próba prywatyzacji miała być przełomem. W 2025 roku do gry weszli między innymi Cezary Kucharski i Mariusz Iwański.
Powołano zespół, zatrudniono doradców, przeanalizowano dokumenty. Radny Robert Suligowski wprost rozpływał się nad tym, jak to wszystko jest spokojne, profesjonalne i transparentne.
W sierpniu 2025 roku zespół jednogłośnie zarekomendował ofertę Mariusza Iwańskiego. Oferta Cezarego Kucharskiego została odrzucona. Ratusz podkreślał, że jednym z kryteriów oceny była wiarygodność finansowa inwestorów.
I co?
Po kolejnych miesiącach negocjacji, w grudniu 2025 roku, ten sam proces zakończono. Miasto poinformowało, że Iwański… nie przedstawił wystarczających gwarancji finansowych zabezpieczających realizację umowy. Nie zgodził się również na proponowany mechanizm sankcyjnego odkupu akcji.
Uzasadnieniem decyzji był brak przedłożenia przez inwestora gwarancji finansowych, które byłyby realną, a nie tylko i wyłącznie hipotetyczną podstawą do zabezpieczenia roszczeń w ramach pięcioletniej umowy inwestycyjnej.
Michał Młyńczak, wiceprezydent Wrocławia, 19 grudnia 2025
Zatrzymajmy się tutaj.
Skoro wiarygodność finansowa była jednym z podstawowych kryteriów wyboru inwestora, to jakim cudem po kilku miesiącach okazało się, że wybrany kandydat nie zapewnia wymaganych zabezpieczeń?
Co dokładnie sprawdzano w sierpniu? Jakie dokumenty uznano za wystarczające? Dlaczego problemy, które ostatecznie przekreśliły transakcję, nie zostały rozstrzygnięte przed ogłoszeniem triumfalnej rekomendacji?
Żeby było jasne. Odmowa sprzedaży klubu bez odpowiednich gwarancji może być decyzją słuszną. Jednak nie zmienia to kompromitującego obrazu całego procesu. Mamy kolejnych doradców, kolejne zespoły negocjacyjne, kolejne miesiące rozmów i kolejny finał bez sprzedaży. Teraz słyszymy, że przygotowywana jest następna wycena i kolejna próba prywatyzacji.
Ile jeszcze razy można organizować ten sam spektakl, zanim ktoś wreszcie odpowie za jego rezultaty?
Przygotowanie do prywatyzacji, które trwa latami
Od lat słyszymy, że Śląsk musi zostać przygotowany do sprzedaży. Trzeba ustabilizować finanse, uporządkować strukturę, zabezpieczyć bieżącą działalność i stworzyć warunki dla przyszłego inwestora.
Tylko że za tymi pięknymi hasłami regularnie idą kolejne miliony złotych z budżetu Wrocławia.
W styczniu 2026 roku radni zgodzili się na 30 mln zł dokapitalizowania klubu. Pieniądze idą w transzach: 13 mln zł w marcu, 8 mln zł w czerwcu i 9 mln zł 22 października (zarządzenie nr 6133/26). Do tego doszło 10 mln zł na początku stycznia, więc tegoroczne zarządzenia opiewają już na 40 mln zł.
Śląsk nadal wymaga ogromnego finansowania publicznego, żeby funkcjonować. Tak, wbrew temu, co w Kanale Sportowym mówił prezes Jezierski, 40 milionów to są ogromne pieniądze.
Ile lat można przygotowywać klub do sprzedaży? Ile pieniędzy trzeba jeszcze wydać, żeby wreszcie przestać wydawać następne?
Przygotowanie do prywatyzacji stało się niezwykle wygodnym uzasadnieniem kolejnych transferów publicznych pieniędzy.
Nie twierdzę, że klub można pozostawić bez środków z dnia na dzień. Chodzi o coś znacznie poważniejszego. O brak widocznych efektów długoterminowej strategii, która pozwoliłaby Śląskowi systematycznie uniezależniać się od właściciela. Przepraszam, chodzi o brak jakiejkolwiek strategii.
Jeżeli po latach finansowania zawodowej spółki piłkarskiej wciąż trzeba ratować jej płynność, to mamy problem, którego nikt nie potrafił skutecznie rozwiązać.
Mamy też do czynienia z kompletnie nieudolnym zarządzaniem nie tylko klubem, ale też miejskimi finansami.

Stanowiska się zmieniają. Odpowiedzialność pozostaje niczyja
Kolejny problem to sposób zarządzania ludźmi.
We Wrocławiu od lat radni opozycji i media zarzucają miastu polityczne nominacje w miejskich spółkach i obsadzanie stanowisk osobami, które straciły poprzednie funkcje.
Wystarczy spojrzeć na wydarzenia z 2026 roku. Michał Młyńczak, były wiceprezydent Wrocławia i przewodniczący zespołu zajmującego się prywatyzacją Śląska, po odejściu z ratusza został prezesem miejskiego Ekosystemu. Jest też członkiem Rady Nadzorczej Śląska Wrocław. Była wiceprezydent Renata Granowska trafiła natomiast do zarządu MPK. Oboje bez konkursów.
Nie jest to samo w sobie dowodem niewłaściwego zatrudnienia. Pokazuje jednak, dlaczego kwestia przejrzystości nominacji w miejskich spółkach wywołuje tak ogromne kontrowersje.
A w Śląsku?
Od lat obserwujemy personalną karuzelę. Kolejni prezesi, kolejne koncepcje, kolejne pomysły na uzdrowienie klubu. Jedni odchodzą, inni przychodzą. Każdy ma swoją wizję, niemal każdy opowiada o profesjonalizacji i rozwoju.
Tylko gdzie są rezultaty?
W normalnie zarządzanej firmie wieloletnie problemy finansowe, rozdmuchane koszty i nietrafione decyzje prowadzą do rozliczenia winnych. W Śląsku odpowiedzialność się rozmywa. Bywa, że osoby, które kierowały klubem w czasie strat, dostają potem pracę w innych miejskich spółkach. Trudno nie pytać, jak wcześniej rozliczono ich wyniki.
Wystarczy przypomnieć przypadek Patryka Załęcznego. Za jego prezesury koszty działalności operacyjnej Śląska przekroczyły 81 milionów złotych, a klub zakończył 2024 rok stratą blisko 10 milionów. Kiedy odchodził ze stanowiska, drużyna szorowała po dnie tabeli Ekstraklasy, zmierzając w kierunku spadku. I gdzie były prezes znalazł później zatrudnienie? W kolejnej miejskiej spółce, ZOO Wrocław, gdzie objął dyrektorskie stanowisko. Trudno o bardziej wymowny przykład tego, dlaczego mieszkańcy mają prawo pytać, jak we wrocławskich spółkach wygląda rozliczanie odpowiedzialności za podejmowane decyzje.
Nikt nie chce przyznać, że problem tkwi w samym modelu zarządzania.
Chciałbym zobaczyć w Śląsku prawdziwą politykę zatrudnienia opartą na kompetencjach, doświadczeniu i mierzalnych efektach pracy. Nie na znajomościach, politycznych rekomendacjach czy umiejętności utrzymywania dobrych relacji z właściwymi ludźmi.
Jeśli takie standardy już obowiązują, niech klub i właściciel pokażą je w praktyce. Niech ujawnią kryteria, cele i sposób rozliczania osób podejmujących najważniejsze decyzje.
Stanowiska w Śląsku nie powinny być niczyją nagrodą ani miejscem przeczekania kolejnego politycznego rozdania.
Marketing? Najłatwiej powiedzieć, że się nie da
Osobnym rozdziałem tego smutnego obrazu jest klubowy marketing. Śląsk Wrocław ma ogromny potencjał. Rozpoznawalną markę, wielopokoleniową społeczność kibicowską, historię, tradycję i jeden z największych stadionów w Polsce. Tymczasem od lat odnoszę wrażenie, że potencjał ten jest wykorzystywany w sposób dramatycznie niewystarczający.
Marketing to nie tylko publikowanie grafik meczowych, relacji z treningów i informacji o sprzedaży biletów. To budowanie emocji, docieranie do nowych odbiorców, tworzenie więzi z mieszkańcami i sprawianie, żeby Śląsk był ważną częścią ich codziennego życia. Tymczasem zbyt często dominuje podejście, w którym łatwiej znaleźć dziesięć powodów, dla których czegoś nie da się zrobić, niż jeden sposób, żeby to zrealizować.
Nawet pomysły podsuwane niemal pod sam nos potrafią rozbić się o mur organizacyjnej bierności. A przecież Śląsk nie musi wymyślać futbolu na nowo. Wystarczy obserwować, jak inne kluby rozwijają swoją markę, angażują kibiców, tworzą atrakcyjną ofertę dla rodzin czy budują relacje z lokalnym biznesem.
To wymaga kreatywności, zaangażowania i inicjatywy.
Nie slajdów w PowerPoincie, jałowych narad i strategii, które ostatecznie lądują w szufladzie.
Klub mający do dyspozycji tak wielki rynek nie powinien zadowalać się administrowaniem własną popularnością. Powinien ją aktywnie budować.
Polityczne wpływy odstraszają nie tylko inwestorów
Poważny inwestor, zanim zdecyduje się wyłożyć pieniądze, chce wiedzieć, jakie będzie miał możliwości działania. Kto podejmuje decyzje? Kto ponosi odpowiedzialność? Jak wygląda struktura klubu? Czy będzie mógł realizować własną strategię?
W przypadku Śląska musi dodatkowo zmierzyć się z historią nieudanych negocjacji, zmieniających się wycen, politycznych sporów i ogromnej zależności od samorządu. Trudno się dziwić, że taki obraz nie buduje zaufania. A przecież polityczne i urzędnicze wpływy nie odstraszają wyłącznie potencjalnych inwestorów. Odstraszają i zniechęcają również kibiców.
Tych, którzy od dekad chodzą na mecze, kupują karnety, jeżdżą na wyjazdy i mimo kolejnych rozczarowań nadal pozostają przy klubie. Ale także tych nowych, których Śląsk powinien dopiero przekonać do siebie.
Jak budować wielopokoleniową społeczność wokół organizacji, która co chwilę dostarcza powodów do frustracji? Jak przekonywać rodziców, żeby zabierali dzieci na stadion, skoro wizerunek klubu coraz mocniej kojarzy się z chaosem, politycznymi przepychankami i niekończącymi się problemami?
Najbardziej przykre jest to, że w całym tym zamieszaniu sam Śląsk sprawia wrażenie najmniej istotnego elementu układanki.
Ważne są stanowiska, procedury, interesy różnych środowisk i spółek przyklejonych do klubu lub stadionu, a także utrzymanie wpływu na klub. Gdzie w tym wszystkim jest plan jego rozwoju?
Gdzie pomysł na Śląsk za pięć czy dziesięć lat?
Nie ma. Liczy się tu i teraz, a później jakoś to będzie. Najwyżej się dosypie z miejskiej kasy.
Setki milionów złotych. I co mieszkańcy dostali w zamian?
W lipcu tego roku opublikowałem analizę finansowania Śląska Wrocław opartą między innymi na dokumentach uzyskanych w ramach dostępu do informacji publicznej.
Z odpowiedzi miejskiego Biura Nadzoru Właścicielskiego wynikało, że w latach 2019–2026 miasto wykazało ponad 140 mln zł dokapitalizowań klubu, uwzględniając również kwotę wskazaną na 2026 rok.

Do tego dochodziły pożyczki, dotacje oraz relacje finansowe z miejskimi spółkami. Nie są to jednak tożsame formy wsparcia i nie wszystkie stanowią bezzwrotne wydatki.
Same potwierdzone umowy MPWiK ze Śląskiem w latach 2021–2024 miały wartość ponad 8,6 mln zł brutto. ZOO Wrocław wykazało umowy o wartości około 3 mln zł. Do tego dochodziły inne podmioty powiązane z miastem.
Mówimy o gigantycznej skali finansowego zaangażowania samorządu w zawodowy futbol.
Należy teraz zadać najważniejsze pytanie.
Co Wrocław ma dziś w zamian za te wszystkie pieniądze?
Czy Śląsk zbudował stabilny model biznesowy i uniezależnił się od miejskiej kroplówki? Gdzie jest struktura organizacyjna zapewniająca ciągłość rozwoju? I wreszcie – czy klub potrafi wykorzystać choćby część ogromnego potencjału swojej marki i miasta?
Trudno znaleźć przekonujące argumenty, że tak właśnie jest.
| 2024 | 2025 | |
|---|---|---|
| Przychody | 58,9 | ok. 31,9 |
| Koszty działalności operacyjnej | 81,3 | ok. 67,5 |
| Strata netto | 9,9 | ok. 27,5 |
Źródło: sprawozdania finansowe spółki.
Owszem, w ostatnich latach zdarzały się sukcesy sportowe. Było wicemistrzostwo Polski, był powrót do Ekstraklasy, były momenty autentycznej radości. To wszystko należy docenić.
Ale pojedyncze sukcesy nie mogą być zasłoną dymną dla strukturalnych problemów, które regularnie powracają.
Nie można bez końca przelewać publicznych pieniędzy, a następnie oczekiwać od mieszkańców wdzięczności za to, że klub po raz kolejny przetrwał. Urzędnicy sami tworzą problem, potem rozwiązują go publicznymi pieniędzmi, a następnie wypinają piersi po ordery, bo miasto znów uratowało klub.
To nie jest długoterminowa strategia rozwoju, tylko kosztowne zarządzanie kolejnymi kryzysami.
Śląsk Wrocław zasługuje na coś więcej niż urzędniczą prowizorkę
Nie oczekuję, że Śląsk co roku będzie zdobywał mistrzostwo Polski. Nie oczekuję transferów za miliony euro ani europejskich pucharów w każdym sezonie.
Oczekuję rzeczy znacznie prostszych.
Profesjonalnego zarządzania. Transparentnych finansów. Zatrudniania ludzi, którzy mają kompetencje i potrafią wykazać efekty swojej pracy. Prawdziwej długoterminowej strategii sportowej i biznesowej. Marketingu, który aktywnie rozwija klubową społeczność. Oczekuję właściciela, który rozumie, że publiczne pieniądze nie są nieograniczonym funduszem ratunkowym. Właściciela, który zna się na piłce nożnej i interesuje się piłką nożną. Obecny niestety nie ma o niej zielonego pojęcia i nawet go ona nie za bardzo interesuje.
Przede wszystkim oczekuję też odpowiedzialności.
Za publiczne pieniądze, które w mojej ocenie nie przyniosły stabilizacji, za nietrafione decyzje, kolejne fiaska prywatyzacji i lata bezpowrotnie straconych szans na rozwój klubu.
Śląsk Wrocław nie jest własnością Jacka Sutryka, miejskich urzędników ani żadnego politycznego środowiska. Formalnie większościowym właścicielem jest gmina, ale społecznie klub należy do pokoleń ludzi, dla których zielono-biało-czerwone barwy naprawdę coś znaczą.
Ci ludzie mają prawo powiedzieć: dość.
Dość traktowania Śląska jak politycznej zabawki, rozmywania odpowiedzialności i zasłaniania kolejnych porażek pustymi obietnicami. Najwyższy czas skończyć z pompowaniem publicznych milionów w klub, którego rozwój od lat pozostawia tak wiele do życzenia.
Najgorsze w tym wszystkim nie jest nawet to, że Śląsk przez tyle lat nie wykorzystał swojego potencjału.
Najgorsze jest to, że mimo ogromnych pieniędzy, fantastycznej historii i wiernych kibiców klub wciąż musi walczyć z problemami, które przy odpowiedzialnym zarządzaniu dawno powinny zostać rozwiązane.
Śląsk nie potrzebuje już kolejnych politycznych deklaracji. Potrzebuje uwolnienia od modelu zarządzania, który od lat nie potrafi zapewnić mu stabilności. Jeśli ktoś nie potrafi tego zrozumieć, nie powinien decydować o przyszłości tego klubu.
Kibice Śląska zasługują na coś więcej niż wieczne oglądanie tego samego, kosztownego przedstawienia. Zdecydowanie zasługują też na więcej niż właściciela, który za własne błędy wystawia rachunek całemu miastu.











