Śląsk Wrocław dostał prezent od ligowych rywali i mógł przypieczętować awans na dwie kolejki przed końcem rozgrywek. Jednak ŁKS Łódź nie przyjechał na Dolny Śląsk, aby położyć się przed Wrocławianami. Spotkały się ze sobą dwie ekipy, które są w bardzo dobrej formie. Ten mecz miał olbrzymią wagę dla obydwóch drużyn. Jednak nikt nie triumfował w tej potyczce o sporej jakości piłkarskiej. To był intrygujący wieczór na Tarczyński Arena.
Stawka wysoka
Śląsk Wrocław czuł wysoką stawkę tej rywalizacji. Ten mecz mógł być puentą całego sezonu dla Ante Simundzy, a presja niosła się przez Tarczyński Arena. Jednak kibice przyszli na stadion natchnąć swoich piłkarzy do dokonania rzeczy wielkiej. Pierwsza polowa była obrazem spadkowicza, który nie przypominał zespołu, jaki pamiętaliśmy w ostatnich tygodniach. Gra gospodarzy nie kleiła się. Piotr Samiec-Talar poruszał się wzdłuż i wszerz, aby wyprodukować jakieś zagrożenie pod bramką Łukasza Bomby. Natomiast przyjezdni wyglądali na zespół, który czytał jak książkę swojego oponenta. Środkowa linia „Rycerzy Wiosny” prezentowała się znacząco lepiej. Oskar Wojtczak nie zastąpił w pełni Michała Mokrzyckiego. Widoczny był brak byłego pomocnika ekipy Grzegorza Szoki. Słoweński trener zdecydował się na dokonanie zmian od razu po zmianie stron.
„Zielono-biało-czerwoni” mieli olbrzymie kłopoty w defensywie. Nie chodzi tutaj o liczne ataki ze strony ŁKS-u, lecz o własne zachowania gospodarzy. Śląsk Wrocław sprawiał sobie samemu nieprzyjemności. Przemotywowanie, które rodziło się w brak odpowiedniej komunikacji. Tak możemy podsumować stracone gole przez podopiecznych Ante Simundzy. Oskar Wojtczak stracił piłkę, lecz Lamine Ba i Yehor Matsenko zachowali się nieodpowiednio. Obrońcy napędzili ataku rywalom i zaprosili Łodzian do ukąszenia. Fabian Piasecki był w wybornej formie i pokonał Michała Szromnika ze stoickim spokojem. Ukraiński stoper przyczynił się do drugiej bramki dla gości, gdy nie porozumiał się ze swoim bramkarzem i nieudanym wślizgiem powiększył deficyty goli.

Wyszło słońce
Nad Wrocławiem spadł ulewny deszcz w pierwszych minutach starcia w 32. kolejce Betclic 1. Ligi. Opad zwiastował nam ogrom emocji, których nie brakowało do samego końca. Śląsk Wrocław rzucił się w wir odrabiania strat. Możemy powiedzieć, że drugi gol dla ŁKS-u obudził Wrocławian. Spadkowicz mknął na bramkę Łukasza Bomby ekstremalnie szybko i pragnął powtórzyć wyczyn z rywalizacji ze Stalą Mielec. Tylko wtedy Ante Simundza cieszył się z dopisania trzech punktów, gdy jego podopieczni odwracali losy meczu.
Momentalnie uspokoiła się pogoda, ale nie atmosfera na Tarczyński Arena. Przez dwie godziny zaznaliśmy pełną paletę warunków atmosferycznych, a zawodnicy zadbali o gorącą temperaturę na obiekcie. Kontaktowe trafienie równa się historią rodem z gry FIFA. Na stratę bramki odpowiedzi były błyskawiczne z racji rzucenia się na połowę rywala. Tak zrobił Śląsk Wrocław i za sprawą siły woli złapał kontakt z rywalem. zamknął akcję, która budowała się po prawej stronie boiska. miał kluczowe wsparcie, które zadecydowało o bramce.











