Śląsk Wrocław musi jeszcze poczekać


Śląsk Wrocław nie wystrzelił szampanów z racji awansu do PKO BP Ekstraklasy. Na radość trzeba sobie jeszcze zapracować.

12 maja 2026 Śląsk Wrocław musi jeszcze poczekać

Śląsk Wrocław dostał prezent od ligowych rywali i mógł przypieczętować awans na dwie kolejki przed końcem rozgrywek. Jednak ŁKS Łódź nie przyjechał na Dolny Śląsk, aby położyć się przed Wrocławianami. Spotkały się ze sobą dwie ekipy, które są w bardzo dobrej formie. Ten mecz miał olbrzymią wagę dla obydwóch drużyn. Jednak nikt nie triumfował w tej potyczce o sporej jakości piłkarskiej. To był intrygujący wieczór na Tarczyński Arena.


Udostępnij na Udostępnij na

Stawka wysoka

Śląsk Wrocław czuł wysoką stawkę tej rywalizacji. Ten mecz mógł być puentą całego sezonu dla Ante Simundzy, a presja niosła się przez Tarczyński Arena. Jednak kibice przyszli na stadion natchnąć swoich piłkarzy do dokonania rzeczy wielkiej. Pierwsza polowa była obrazem spadkowicza, który nie przypominał zespołu jaki pamiętaliśmy w ostatnich tygodniach. Gra gospodarzy nie kleiła się. Piotr Samiec-Talar poruszał się wzdłuż i wszerz, aby wyprodukować jakieś zagrożenie pod bramką Łukasza Bomby. Natomiast przyjezdni wyglądali na zespół, który czytał jak książkę swojego oponenta. Środkowa linia „Rycerzy Wiosny” prezentowała się znacząco lepiej. Oskar Wojtczak nie zastapił w pełni Michała Mokrzyckiego. Widoczny był brak byłego pomocnika ekipy Grzegorza Szoki. Słoweński trener zdecydował się na dokonanie zmian od razu po zmianie stron.

„Zielono-biało-czerwoni” mieli olbrzymie kłopoty w defensywie. Nie chodzi tutaj o liczne ataki ze strony ŁKS-u, lecz o własne zachowania gospodarzy. Śląsk Wrocław sprawiał sobie samemu nieprzyjemności. Przemotywowanie, które rodziło się w brak odpowiedniej komunikacji. Tak możemy podsumować stracone gole przez podopiecznych Ante Simundzy. Oskar Wojtczak stracił piłkę, lecz Lamine Ba i Yehor Matsenko zachowali się nieodpowiednio. Obrońcy napędzili ataku rywal i zaprosili Łodzian do ukąszenia. Fabian Piasecki jest w wybornej formie i pokonał Michała Szromnika ze stoickim spokojnem. Ukraiński stoper przyczynił się do drugiej bramki dla gości, gdy nie porozumiał się ze swoim bramkarzem i nieudanym wślizgiem powiększył deficyty goli.

Wyszło słońce

Nad Wrocławiem spadł ulewny deszcz w pierwszych minutach starcia w 32.kolejce Betclic 1.ligi. Opad zwiastował nam ogrom emocji, których nie brakowało do samego końca. Śląsk Wrocław rzucił się w wir odrabiania strat. Możemy powiedzieć, że drugi gol dla ŁKS-u obudził Wrocławian. Spadkowicz mknął na bramkę Łukasza Bomby ekstremalnie szybko i pragnął powtórzyć wyczyn z rywalizacji ze Stalą Mielec. Tylko wtedy Ante Simundza cieszył się z dopisania trzech punktów, gdy jego podopieczni odwracali losy meczu.

Momentalnie uspokoiła się pogoda, ale nie atmosfera na Tarczyński Arena. Przez dwie godziny zaznaliśmy pełną paletę warunków atmosferycznych, a zawodnicy zadbali o gorącą temperaturę na obiekcie. Kontaktowe trafienie równa się historią rodem z gry FIFA. Na stratę bramki odpowiedzi były błyskawiczne z racji rzucenia się na połowę rywala. Tak zrobił Śląsk Wrocław i za sprawą siły woli złapali kontakt z rywalem. Krzysztof Kurowski zamknął akcję, która budowała się po prawiej stronie boiska. Przemysław Banaszak miał kluczowe wsparcie, które zadecydowało o bramce.

Śląsk Wrocław poszedł za ciosem i chciał doprowadzić do wyrównania. Z pomocą przyszedł rzut rożny i genialne uderzenie głową Yehora Matsenki. Ukrainiec pokonał tym razem odpowiedniego bramkarza, a nadzieja na sukces piętrzyła się.

Widowisko

Od stanu 2:2 podziwialiśmy prawdziwe widowisko, które obejrzało z trybun prawie 25 tysięcy ludzi. Jedni i drudzy nie odpuszczali ani na moment. Plan był jasny – zadać nokautujące uderzenie i wprawiać w euforię swoich fanów. Przestrzenie były pootwierane, a gra płynnie przenosiła się z połowy na połowę. Mecz był pulsujący i wisiało w powietrzu oczekiwania na punkt kulminacyjny. Jednym takim momentem była główka ukraińskiego stopera gospodarzy. Yehor Matsenko przekształcił się w snajpera, ale trafił obok lewego słupka bramki ŁKS-u. Łodzianie szukali swojego momentu chwały w kontrataku, ale piłkarze słoweńskiego trenera nie dali się wymanewrować.

Pochwała

Śląsk Wrocław powierza swój wygląd kapitanowi – Piotrowi Samcowi-Talarowi. 24-latek może zapisać do udanych swój występ. Oczywiście moglibyśmy wymieniać lepsze potyczki w jego wykonaniu. Jednak nie możemy odebrać temu zawodnikowi bycia liderem w tak istotnym starciu. Strzelec 11 goli wspomagał ataki z obydwóch stron i potrafił uruchomić swoich partnerów. Yehor Matsenko mógł wpisać się na listę strelców jeszcze przy stanie 0:1. Wtedy świetnym czuciem wykazał się kapitan spadkowicza, ale 23-latek przegrał pojedynek z bramkarzem.

Dorian Markowski zasługuje na nasze zauważenie, ponieważ wejście młodego piłkarza miało wpływ na kształt Śląska Wrocław. 18-latek wszedł za Oskara Wojtczaka i opanował centralną część boiska wraz z Jorge Yriarte. Pomocnik nie pękł w trudnym momencie i bardzo ważnym spotkaniu. Bardzo solidnie pokazał się Mateusz Wysokiński, który był nieustępliwy w tej rywalizacji po stronie ŁKS-u. Pasjonująco obserwowało się jak gracze szarpali się o przejęcie inicjatywy w tej przestrzeni placu gry.

Krzysztof Kurowski rośnie z tygodnia na tydzień. Nie ma znaczenia strona, po której biega zawodnik „zielono-biało-czerwonych”. On daje z siebie maksa i jest nieustanym zagrożeniem. 19-latek betonuje swoje miejsce w podstawowej jedenastce. Jego drug gol w tej kampanii dał sygnał do ratowania pierwszego z trzech podejść po PKO BP Ekstraklasę.

Mają czas na poprawkę

Śląsk Wrocław nie zdał swojego egzaminu dojrzałości w pierwszym terminie. Obrona ekipy Ante Simundzy dala się we znaki. Tercet defensorów miał problemy z Fabianem Piaseckim i Andreu Arasem. Masa siłowych starć i częste poszukiwanie się tego duetu nie ułatwiały sprawy.

Luka Marjanac nie błysnął niczym specjalnym, a ten mecz potrzebował zrobienia czegoś z niczego, Słoweniec ustawiał się jako drugi napastnik pod Przemkiem Banaszakiem, ale rzeczy niezwykłe nie działy się za sprawą tego gracza. Cała ofensywa Wrocławian nie forsowała. Dogodnych sytuacji było jak na lekarstwo.

Michał Rosiak nie wybiegł na drugie 45 minut i nie była to bardzo zaskakująca decyzja. Zawodnik sprowadzony z Arsenalu Londyn nie dawał tyle co w ostatnich tygodniach. Do tego pamiętamy potknięcie, które pozwiło ŁKS-owi na kontrę. Marc Llinares przypomniał o sobie i szkoleniowec będzie mial ból głowy z wyborem wahadeł na mecz w Bytomiu.

Śląsk Wrocław ma przed sobą jeszcze dwie daty, aby przebrać śpiewająco przez ten rok. Polonia Bytom i Pogoń Grodzisk Mazowiecki nie sprzedadzą tanio skóry, jednak 5 punktów przewagi to niebywała zaliczka. Wydaje się nie realne, aby misja powrotu już w pierwszym sezonie zakończyła się sukcesem. Ante Simundza może dotrzymać słowa i wyciągnąć klub z pierwszoligowej otchłani.

 

 

Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze