Zawód. Tylko w ten sposób można określić dzisiejsze derby Sewilli, w których Betis bezbramkowo zremisował z zespołem Grzegorza Krychowiaka. Zamiast wielkich emocji byliśmy świadkami ofensywnej indolencji z obu stron, a żaden z zespołów nie miał wystarczających argumentów, aby przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę.
Największy plus meczu? Nie ma. Betis, jako gospodarz, nie oddał nawet celnego strzału na bramkę rywala, co należy uznać za pewnego rodzaju ewenement. Sevilla z kolei wyglądała na ekipę bardziej dojrzałą, ale zespołowi Emery’ego brakowało spokoju w polu karnym rywali. Wystarczy wspomnieć, że Kevin Gameiro dwukrotnie nie był w stanie pokonać w sytuacji sam na sam Adana, co tylko potwierdzało strzelecką niemoc „Sevillistas” w dzisiejszym spotkaniu.
Ktoś, kto spodziewał się po dzisiejszym spotkaniu prawdziwych fajerwerków, może czuć się zawiedziony. Zawiódł Dani Ceballos, który w ogóle nie przypominał cudownego dziecka hiszpańskiej piłki, jakim wielu zdołało go w ostatnim czasie obwołać. Ever Banega również nie wcielił się dzisiaj w wizjonera, który przyzwyczaja nas do kilku podań kluczowych w trakcie spotkania, i trudno nie uznać, że przeszedł obok spotkania całkowicie niewidoczny.
Co więc dostaliśmy w zamian? Spotkanie pełen walki, które dla gladiatorów w osobach Digarda czy Krychowiaka było wręcz środowiskiem naturalnym. Co chwila dochodziło do nerwowych starć, które swoją temperaturą przypominały najgorętsze spotkania z 2007 roku, które obrosły już swoistą legendą. Osobny mecz rozgrywali przy linii bocznej Pepe Mel i Unai Emery, którzy swoimi impulsywnymi reakcjami tylko dolewali oliwy do ognia, zamieniając widowisko piłkarskie w prawdziwą nerwówkę. Nie ukrywam, że to właśnie te swoiste starcie przy liniach bocznych będzie tym elementem spotkania, które najbardziej utkwiło mi w pamięci.
Czy jestem zawiedziony? Być może. Poziom piłkarski nie powalił, otrzymaliśmy piłkarski zakalec, którego największą atrakcją były fizyczne starcia pomiędzy piłkarzami obu drużyn. Ale z drugiej strony, czy to właśnie nie o to chodzi? Pamiętajcie, że w debrach główną rolę odgrywają emocje, a nie urok piłkarskiego widowiska, i chęć uniknięcia porażki może być silniejsza od próby stworzenia swoim fanom futbolowego święta.
Pozostaje nam się cieszyć, że na mapie hiszpańskich spotkań na stałe zagościły Derbi Sevillano i być może rewanżowe starcie za pół roku przyniesie nam więcej emocji. Obecnie w Sewilli obwieścić możemy zawieszenie broni. Remis nikogo nie faworyzuje, nikt nie może czuć się skrzywdzony.
Największy zwycięzca meczu? Paweł Wilkowicz. Nie ukrywam, że jak na komentatorski debiut jego historii słuchało się naprawdę dobrze. Oby tak dalej!











