Ostatnio w Hiszpanii grają zdecydowanie za często. Ledwo nadążamy z podsumowywaniem kolejnych rund meczów. W kolejce 10. właściwie nie przydarzyło się nic dziwnego. Wygrali wszyscy, którzy mieli wygrać.
Piłkarze Villarrealu ostatecznie udowodnili, że nie mają w tym sezonie sił na dokonanie czegoś wielkiego. Niewykluczone, że niedługo udowodnią też, iż nie mają sił na dokonanie czegoś małego. Klub z prowincji Castellon miał od dłuższego czasu problemy finansowe. Paco Roig powiedział przed startem rozgrywek, że bez pieniędzy ze sprzedaży Santiego Cazorli drużyna nie będzie w stanie zniwelować długu, a co za tym idzie, pogrąży się w jeszcze większym kryzysie. Teraz wiemy, że wypuszczenie z rąk Asturyjczyka było pomysłem idiotycznym. „Cani” świetnie sprawdzał się jako joker, wbiegając na murawę w drugiej połowie. Borja świetnie grał w duecie. „Cani” od pierwszych minut jest cieniem samego siebie. Borja w pojedynkę jest beznadziejny. Nikt chyba nie przypuszczał, że bez Cazorli to wszystko aż tak bardzo się posypie. Przecież nie na nim spoczywał ciężar gry, on był raczej wolnym elektronem niż kręgosłupem ekipy. Okazuje się, że był przede wszystkim spoiwem. Bez spoiwa Villarreal się rozwalił. Aktualnie zajmuje imponujące, czwarte od końca miejsce. Posada Garrido wisi na włosku.

Jeśli włosek pęknie, to pod nim na spadającą posadę będzie czekał już Michel. Były trener Getafe to szkoleniowiec dziwny. Bardzo inteligentny, bystry, z szerokimi znajomościami i dużymi możliwościami. Dobry w motywowaniu, dobry w ustawieniu wszystkiego tak, żeby jakoś działało. Ale ma jedną wielką wadę. Potrafi grać tylko skrzydłami i ufa tylko skrzydłowym. Sam, jeszcze jako piłkarz „Los Blancos”, biegał wzdłuż linii bocznej. Wszyscy pamiętamy, jak wyrzucono go z hukiem z Getafe po tym, jak prawie spuścił madrytczyków do Segunda. Teraz cała Hiszpania jest zgodna, zajmie miejsce Juana Garrido. Jeśli rzeczywiście tak będzie, legenda Realu Madryt stanie przed trudnym zadaniem – szkoleniowiec po raz pierwszy dostanie drużynę z prawdziwymi gwiazdami, po raz pierwszy nie będzie mógł grać skrzydłami. Co prawda, czysto teoretycznie, mógłby wystawić na bokach „Caniego” i De Guzmana, ale nie od dziś wiadomo, że obaj panowie czują zdecydowanie zbyt wielki pociąg do środka pola, by to wszystko mogło zadziałać. Villarreal nie może grać 4-2-3-1. Potrzebni są dwaj napastnicy. Mimo mojej wielkiej sympatii do Michela i przekonania, że prędzej czy później trafi on na ławkę Realu Madryt, nie wierzę, że będzie w stanie przełamać chorobę sierocą wywołaną przez zniknięcie Cazorli.
W meczu ze wspomnianym wyżej Villarrealem Madryt po raz kolejny zaprezentował swoją główną, jak przyjęło się twierdzić, broń – kontrataki. Futbolówka z jednego pola karnego na drugie przemieściła się w kilka sekund, dając Angelowi okazję do zdobycia gola, a kibicom kolejny powód do zdumienia. Zdumienia dlatego, że owe kontry czasami wydają się wręcz nieprzyzwoicie doskonałe. Szybkie, płynne, mądre – konia z rzędem temu, kto wskaże drugą ekipę, której kontrowanie przychodzi z taką przerażającą łatwością. Wygląda to nad wyraz ładnie, ale wielkim błędem byłoby sądzić, że takie ataki są rdzeniem taktyki nakreślonej przez Jose Mourinho. Portugalski trener nie jest głupi, wie, że dobre okazje do kontry zdarzają się może kilka razy w ciągu całego meczu. Trzeba atakować pozycyjne, trzeba trzymać piłkę przy nodze, podawać ją i rozgrywać przed polem karnym rywala. Nikt przy zdrowych zmysłach nie nakaże drużynie o potencjale „Los Blancos” wpuszczenia rywala na własną połowę. To taktyka samobójcza.











