18. kolejka La Liga nie przyniosła wielkich zmian. Czołówka odjeżdża, reszta stawki wykrwawia się w walce między sobą. Ronaldo strzela, Messi strzela, Villa strzela. Strzela nawet Demichelis.

O tym, jak Mourinho geniusz swój objawia
Akcja dzieje się w czasie meczu Realu Madryt z Villarrealem. Miejscowym się nie wiedzie. Trener działa. Trener rywali też działa.
– W czasie pierwszej połowy Ramos, prawy obrońca, przechodzi na środek obrony, a na boku ląduje Albiol. Real gra trzema stoperami.
– Po przerwie zmienia defensywnego do szpiku kości Lassa na bardziej kreatywnego Khedirę. Ramos wraca na bok.
– W 64. minucie trener Villarrealu zdejmuje napastnika i wstawia stopera. Przyjezdni będą grali pięcioma obrońcami.
– Mourinho zdejmuje stopera i wstawia ultraofensywnego Kakę. Real gra trzema obrońcami. Khedira asekuruje.
– W 73. minucie schodzi Cani, jego miejsce zajmuje kolejny obrońca. Villarreal ma na boisku już sześciu graczy czysto defensywnych + dwóch pivotów.
– Mourinho planuje zdjąć Benzemę, na boisko wpuścić obrońcę i przesunąć Ramosa na środek ataku.
– Ronaldo strzela gola, Karim schodzi, wchodzi pomocnik. Real ciągle gra z trzema obrońcami. Najwyżej znajduje się Kaka.
Real Madryt rozpoczynał mecz klasycznym dla siebie ustawieniem 4-2-3-1, kończył formacją 3-3-4-0. Villarreal wyszedł jako 4-2-2-2, zszedł jako 6-2-1-1. To spotkanie pokazało, jak reagują odważni trenerzy w sytuacji, gdy na boisku dzieje się coś niespodziewanego. Obie strony wiele ryzykowały, wiele miały do stracenia. Wojnę taktyków wygrał ten lepszy (najlepszy?).

Hercules znów to zrobił
Gracze z Alicante znów boleśnie obili faworyta, znów zmącili myśli fachowców, którzy bezskutecznie próbują znaleźć w tym wszystkim jakąś logikę. Wiadomo, że Hercules istnieje praktycznie tylko na własnym terenie, jedyne punkty poza Rico Perez ugrał na Camp Nou, pokonując Barcelonę. U siebie idzie im dobrze, kolejne mecze przynoszą kolejne punkty, ale gdy przyjeżdża tak wielka firma jak Atletico Madryt, z takimi piłkarzami i z takimi aspiracjami, wynik wydaje się przesądzony. Tymczasem Hercules urządził sobie 45-minutową rzeź. Ciosy padały regularnie, przerwy nie były dłuższe niż kwadrans, a zadawały je nie tylko główne żądła ekipy – Nelson Valdez i David Trezeguet, ale też Tote i Olivier Thomert. Atletico zostało zgniecione, świetni piłkarze tworzący blok defensywy ośmieszeni, a jeszcze lepsi piłkarze tworzący blok ofensywny bezrobotni. Przez długie minuty Kun z Diego Costą przebywali w bliżej nieokreślonym miejscu i robili bliżej nieokreślone rzeczy. Spotkanie to przyniosło, poza oczywistą radością postronnego widza oglądającego, jak outsider znęca się nad faworytem, dwie pozytywne informacje. Po pierwsze, Hercules istnieje bez Drenthe. Dotychczas nieokrzesany Holender tworzył każdą akcję ofensywną drużyny. Teraz jest w niełasce, a jego koledzy dalej grają swoje. Po drugie, wreszcie gola zdobył Jose Antonio Reyes, piłkarz, który przez cały sezon haruje na trafienia Kuna i Forlana. Szkoda, że zrobił to w tak smutnym dla „Los Colchoneros” meczu.












