Mimo że do przerwy Łódzki Klub Sportowy prowadził z Ruchem Chorzów 2:1, to jednak mecz zakończył się podziałem punktów. Po spotkaniu napastnik łódzkiej drużyny, Marek Saganowski, przekonywał, że on i jego koledzy będą walczyć o utrzymanie do ostatniej kolejki.
Przed meczem z Ruchem znaliście rezultat meczu Widzew – Lechia. Jakie były reakcje w zespole?
Przede wszystkim przyszedł już taki czas, że mamy patrzeć na siebie. Wszystko jest w naszych nogach. Nie ma co liczyć na pomoc czy na inne wyniki. My musimy zdobyć jeszcze sześć punktów w dwóch najbliższych meczach. Jeżeli nam się to uda, to będziemy blisko utrzymania. Na inne zespoły już za późno się oglądać.
Czy z tego remisu jesteście zadowoleni?

Przed meczem wielu skazywało nas na porażkę. Tym bardziej że w 20. sekundzie znowu straciliśmy głupią bramkę, znowu goniliśmy. Okazuje się, że na przerwę schodzimy z wynikiem, który jest dla nas bardzo korzystny, ale mecz trwa 90 minut. Te 90 minut trzeba wybiegać. Na pewno przed meczem bylibyśmy zadowoleni z tego remisu. Teraz można powiedzieć, że jesteśmy zadowoleni, dlatego że jeszcze jesteśmy w grze.
Pana kolega, Maciej Iwański, powiedział, że nie spadniecie. A Pan jak się do tego ustosunkuje?
Myślę, że pokazujemy to na boisku. Ile możemy, tyle pracujemy po to, żeby się utrzymać. Po wyniku w Łodzi moglibyśmy spuścić głowy i dostać najpierw jedną bramkę, później drugą i potem trzecią i wracalibyśmy już jako klub pierwszoligowy. Mamy jeszcze szansę i do meczu z Jagiellonią wszystko będzie się rozstrzygało.
Grał Pan w takim meczu, w którym na trybunach były same dzieci?
Nie grałem, ale było bardzo miło. Może nam to pomagało.
Lepszy taki doping niż nieraz wulgaryzmy lecące z trybun…
Dokładnie tak. Niektórzy powinni się uczyć od dzieci. Na pewno to wszystko robiły szczerze. Miło by mi było dożyć takich czasów, abym mógł przyjechać z synem czy synami do Chorzowa czy do Warszawy na mecz w szaliku ŁKS-u i sobie spokojnie usiąść, tak jak to widziałem na Zachodzie.











