Jutro wieczorem piłkarze „Królewskich” stawią się na Santiago Bernabeu, by rozegrać mecz z Galatasarayem. W tym czasie czterech wyrzutków będzie siedziało przed telewizorami i płakało, ocierając łzy białą koszulką.
Każdy z nich to inna historia, inna droga na szczyt, inna droga na dno, dzieli ich bardzo wiele. Łączy fakt, że zostali odtrąceni przez Real Madryt, a mimo to rękami i nogami zapierają się, by w klubie pozostać.
Najlepszym przykładem jest Pedro Leon. Pochodzący z Murcji piłkarz mozolnie wspinał się na szczyty futbolowego świata, został kupiony przez „Los Blancos”, błyszczał w sezonie przygotowawczym, a następnie zgasł. A właściwie został zgaszony przez Jose Mourinho, który nie miał zamiaru akceptować humorów skrzydłowego. Każdy wie, że z portugalskim trenerem sprawa jest prosta – albo wypluwasz płuca na treningach i zostawiasz serce na murawie podczas meczów, albo nie masz co się w Valdebebas pokazywać. Pedrito nie wziął przykładu z Estebana Granero i doszedł do wniosku, że skoro już jest w Realu, to znaczy, że jest wspaniałym, cudownym i niezwykłym futbolistą, który choćby nawet bardzo chciał, to lepszy już nie będzie. Efekt końcowy jest taki, że agentowi wychowanka Murcii powiedziano jasno, że Mourinho prędzej postawi na chłopaka ze szkółki niż krnąbrnego skrzydłowego. Reakcja Pedra? Obraził się i ogłosił, że nie ma siły, która by go mogła z Madrytu ruszyć. On chce zostać, on zostanie i będzie walczył o miejsce w składzie. Szanse ma takie same jak ja, z całym szacunkiem dla mnie.
Podobnie jak Leon, który odrzucił oferty Getafe i Valencii, zachowuje się Royston Drenthe. Po holenderskiego rapera z ADHD zgłosiła się Benfica, ale kudłaty defensor stwierdził, że to dla niego za niski poziom i że marzy o powrocie do Rotterdamu. Feyenoord nie ma pieniędzy, więc pochodzący z Surinamu piłkarz zostaje. Niedługo kończy mu się kontrakt, hiszpańskie media spekulują, że obrońca gra na czas, by za rok odejść za darmo do wybranego przez siebie klubu. Teoria ta byłaby całkiem prawdopodobna, gdyby nie fakt, że Madryt jest tak zdesperowany, by sprzedać Holendra, że gotów jest oddać go za grosze. O ile Leon ma iluzoryczne, balansujące na granicy setnych części promila szanse na odbudowanie się, to Drenthe nie ma ich wcale. Santiago Bernabeu nie zapomniało, jak rozpędzony Holender mknie wzdłuż boiska, potyka się o własne nogi, robi serię fikołków i wytacza się poza linię końcową. „Raper” nagrał piosenkę, w której wraz z całą rodziną żegna się z Madrytem. Nagrał ją dwa miesiące temu i nadal siedzi sobie w stolicy Hiszpanii, obserwując, jak pieniążki wpływają na jego konto.
Kolejny przypadek – Fernando Gago. Przypadek inny, bo Argentyńczyk nad rywalami góruje. Umie grać w piłkę. Nie jest jakimś wirtuozem, ale jest na tyle dobry, by na Copa America wybiegać w podstawowym składzie „Los Albicelestes”. To paradoksalnie jego wada, bo Real nie chce go oddać za symboliczny grosik, na co liczył chociażby były klub „El Pintity”, Boca Juniors, który zaproponował „Królewskim” okrągły milion euro i wpisał Argentyńczyka do swej kadry na przyszły sezon. Oczywiście Madryt ofertę odrzucił. Nic dziwnego. Gdybym ja był tym Madrytem, to czułbym się bardzo dotknięty. Działacze z Santiago Bernabeu za większe pieniądze sprzedają nastoletnich wychowanków. Jeśli sprzedawać Fernando, to za sumę z siedmioma zerami. Gago ma jeden wielki problem – charakter silny jak u nieśmiałego przedszkolaka. Gdy nie grał w poprzednim sezonie, to siedział w domu i płakał przed telewizorem. Tak przynajmniej twierdzi jego agent. Biorąc pod uwagę powszechnie znany fakt, że tacy agenci zazwyczaj naginają rzeczywistość, by jak najlepiej przedstawić swojego klienta, można założyć, że „El Pintita” nie tylko płakał, ale też krzyczał, tupał nóżkami i walił piąstkami w ekran wyświetlający kolejne widowiskowe zwycięstwo „Los Merengues”.










