W drugim sobotnim meczu Hercules Alicante podejmował lidera z Madrytu. Podopieczni Jose Mourinho skompromitowali się ostatnio w Copa del Rey, remisując bezbramkowo z drugoligową Murcją. Mecz z Beniaminkiem miał być dla nich zatem okazją do rehabilitacji. Do pewnego momentu niewykorzystaną.
Real Madryt rozpoczął spotkanie z Herculesem podobnie jak Valencia z Saragossą. Już w pierwszej groźnej sytuacji w meczu niżej notowany rywal wyszedł na prowadzenie. Bramkę świetnym uderzeniem głową zdobył David Trezeguet, a Iker Casillas zachował się w tej sytuacji, jakby stał po kostki we wpół zaschniętym cemencie. Real był tak zaskoczony utratą bramki, że przez kilka minut nie mógł skonstruować żadnej groźnej akcji. Mało tego, popełniał błędy, które mogły skutkować szansami bramkowymi dla gości. Hercules z pewnością nie przestraszył się potężnego rywala, a dzięki łutowi szczęścia, mógł niemal całe spotkanie grać z mniejszą presją.
Real, co oczywiste próbował grać w swoim stylu, jednak akcjom „Los Blancos” brakowało jakby rozmachu. Ronaldo i Di Maria byli aktywni w swoich sektorach boiska, jednak pozostali partnerzy nie potrafili znaleźć sobie na boisku miejsca. Hercules czyhał na kontry, a po jednej z nich tylko interwencja Sergio Ramosa powstrzymała Nelsona Valdeza przed oddaniem strzału. W 23. minucie od utraty bramki dwukrotnie uratował gospodarzy Calatayud, który najpierw w dobrym stylu wybił potężny strzał Ronaldo, a później w jeszcze lepszym obronił dobitkę Higuaina. Trzeci w tej akcji strzał, w wykonaniu ponownie Ronaldo, lepiej pozostawić bez komentarza. Portugalczyk strzelał bowiem chyba z 40 metrów. Chwilę później Hercules mógł podwyższyć prowadzenie, prawą stroną pomknął Cortes i dośrodkował w pole karne, gdzie Iker Casillas odważną interwencją zapobiegł utracie bramki. Gra w defensywie w wykonaniu Realu nie wyglądała w tym meczu dobrze. Wystarczyło dwóch zawodników gospodarzy na lewej stronie Realu, by robiło się groźnie na przedpolu bramki Casillasa.
W 32. minucie spotkania doszło do istnego oblężenia siatki Calatayuda, strzelało na nią bodaj trzech zawodników Realu, jednak albo górą był bramkarz Herculesa, albo obrońcy ofiarnie blokowali uderzenia gości. Po chwili kolejny już raz w tym pojedynku sunął atak Davida Cortesa, po którym ponownie bardzo groźnie zrobiło się w polu karnym gości. Nie minęło kilkanaście sekund, a ten sam zawodnik miałby przed sobą samego Casillasa, jednak mijając Ramosa za daleko wypuścił sobie piłkę i sytuacja została zaprzepaszczona. Tymczasem Cristiano Ronaldo przy niemal każdym kontakcie z piłką przekonywał, że w tym meczu to on chce strzelić wyrównującą bramkę, za nic mając dobrze ustawiających się partnerów. W końcówce pierwszej połowy dwukrotnie na siatkę rywala uderzał mierny w obronie (jak za dawnych czasów) jednak za pierwszym razem strzelił Panu Bogu w okno, zaś za drugim razem kopnięta przezeń piłka o jakiś metr minęła bramkę Calatayuda.
Drugą połowę od mocnego uderzenia rozpoczęli „Los Merengues”. Najpierw po akcji lewą stroną i wymianie piłek z mesztem Oezilem na bramkę gospodarzy strzelał Di Maria (Calatayud sparował piłkę), zaś później obronił strzał Xabiego Alonso. W 52. minucie Argentyńczyk był już skuteczniejszy, dobijając potężne uderzenie Ronaldo z dystansu, które zdołał wybić golkiper Herculesa. 1:1! Już kilka chwil później Real mógł prowadzić, ale sędzia Clos Gomes popełnił fatalny błąd, odgwizdując pozycję spaloną, w sytuacji, gdy Cristiano Ronaldo znalazł się w sytuacji sam na sam z Calatayudem. Gra Realu w tej odsłonie wyglądała znacznie lepiej, więcej było podań, dodajmy dokładnych i szybkich. Już sama ruchliwość zawodników Mourinho zwiastowała, że w drugiej odsłonie będą prezentować się zdecydowanie lepiej niż w pierwszej.










