„Valencia – Real Franco 2:3. Właśnie tak wygrywa Madryt, macie swoje Villarato. Generał Franco byłby dumny”. Tak mecz „Los Blancos” i „Los Ches” skomentował hiszpański kibic Barcelony. Jednak nawet on, wyraźnie rozczarowany kompletem punktów wywiezionym z Mestalla przez „Królewskich”, z pewnością cieszył się, oglądając tak znakomity mecz.
Znakomity, ale niepozbawiony kontrowersji.
Wszystko rozbija się o wydarzenie z ostatniej akcji. Real zupełnie stracił panowanie nad widowiskiem, Valencia atakowała, trybuny zmieniły się w czerwono-złoty kocioł żądny goli i śmierci piłkarzy rywala. Gospodarze dośrodkowują w pole karne. Wielkie zamieszanie – ktoś upada, ktoś krzyczy, ktoś coś kopie. Piłka trafia w poprzeczkę, potem pod nogi Soldado, a potem w leżącego przed Casillasem Higuaina. Cała zabawa polega na rozstrzygnięciu, w co futbolówka trafiła Argentyńczyka. Ramię czy rękę?

Madrycka prasa zachowuje się zabawnie. „Marca” zamieściła na swojej stronie wyniki ankiety, w której kibice Realu głosowali w sprawie kontrowersyjnego zagrania. Nie uwierzycie, madridistas ręki nie widzieli! Ta sama gazeta po każdej kontrowersyjnej sytuacji w meczu ligowym zwykła zamieszczać komentarz sędziego-eksperta, który rozwiewał wszystkie wątpliwości. Ów pan słynął z wielkiego obiektywizmu, często w jego artykułach to Barcelona była pokrzywdzona, a Real był krzywdzącym. Nie uwierzycie, dziś ekspert opinii nie wyraził. „As” z kolei nawet nie bawi się w ocenę sytuacji – cytuje piłkarzy „Los Blancos”, którzy jak jeden mąż przyznają, że to było ramię.
A to była ręka. Najprawdziwsza na świecie ręka. Taka sama jak ta, za jakiej sprawą Maradona przechodził do historii, taka sama jak tak, która wyrzuciła Irlandię z mundialu.
Ręka to ręka, karny się należał. Starszy z braci Teixeira powinien to zobaczyć, chociaż na jego usprawiedliwienie działa fakt, że w polu szesnastu metrów znajdowało się 22 piłkarzy. To był błąd, Valencia została skrzywdzona w ostatniej akcji, ale wielką niesprawiedliwością jest krytykowanie arbitra po tym meczu. Bo na Mestalla narodził się drugi, po Meteu Lahozie, hiszpański sędzia, który nie traci głowy, pozwala na wiele i bezwzględnie panuje nad widowiskiem.
Wczorajszy mecz był brutalny. Nawet bardzo brutalny. Gdyby piłkarze mieli do dyspozycji metalowe rurki, to pewnie służby medyczne jeszcze przez wiele dni próbowałyby poskładać do kupy rozczłonkowanych zawodników. Było aż 40 fauli, aż dziewięć żółtych kartek, ale żadnej czerwonej. Fakt ten można zakwalifikować w kategoriach cudu.
Czerwona kartka powinna być co najmniej jedna. Dla Roberto Soldado. Wychowanek Realu Madryt powinien wylecieć z boiska jeszcze przed ustrzeleniem dubletu. Powinien zostać odesłany do szatni za swoje bezmyślne zachowanie. Jeśli macie taką możliwość, obejrzyjcie sobie jeszcze raz wszystkie boiskowe sprzeczki. Zawsze w pierwszym szeregu będzie stał Soldado. Urodzony w Walencji napastnik – chyba już o tym kiedyś pisałem – ma mentalność pijanego kombajnisty. Jest znakomitym graczem, którego niepowoływanie do „La Seleccion” jest największym grzechem Vicente Del Bosque, ale jest też idiotą, człowiekiem niestabilnym emocjonalnie. Gdyby goście byli bardziej wyrywni do bitki, to Soldado na zamontowanym w szatni telewizorze oglądałby gładką porażkę Valencii. Na szczęście dla niego, madrytczycy byli w nastroju zdecydowanie pokojowym. Gdy Soldado próbował dusić Xabiego, ten zrobił krok w tył i pozwolił odciągnąć narwanego snajpera. Gdy Roberto usilnie próbował wyprowadzić z równowagi Sergio Ramosa, ten tylko robił groźne miny. Gdyby się zdenerwował, „Żołnierz” prawdopodobnie szybciutko zostałby dotkliwie ukarany za swoje idiotyczne zachowanie. Podobnie było z Marcelo, Lassem i resztą zawodników Realu. Soldado raz po raz starał się doprowadzić do bójki, chodził z naburmuszoną miną, klął pod nosem i z uporem godnym lepszej sprawy szukał czerwonej kartki. Fakt, że jej nie dostał, uratował widowisko.











