Raków Częstochowa podzielił się punktami ze Sportingiem CF w domowym meczu 3. kolejki Europa League. Przed pierwszym gwizdkiem wielu kibiców naszych klubów brałoby taki wynik w ciemno, ale z przebiegu spotkania nie może on być w pełni zadowalający.
Opuszczającym ArcelorMittal Park towarzyszyły mieszane uczucia i emocje. Mogły się one jeszcze bardziej utwierdzić faktem, że w grupie został zachowany status quo, gdyż po także niespodziewanym remisie Sturmu Graz z Atalantą Raków Częstochowa nadal traci trzy oczka do 3. miejsca i mimo że kwestia awansu choćby do LKE pozostaje otwarta, to nadal jest to odległa perspektywa. Ale futbol widział w tym dniu wiele i pewnie jeszcze dużo więcej zobaczy do końca rywalizacji.
Gra w przewadze znów niewykorzystana w stu procentach
Błyskawicznie zarobiona czerwona kartka dla największego gwiazdora rywali Viktora Gyokeresa za brutalne przewinienie na kapitanie częstochowian Zoranie Arseniciu, który najpewniej znowu wypadnie z gry na pewien czas, pozwoliła wlać w serca widzów czwartkowego widowiska dawkę nadziei i wiary w osiągnięcie korzystnego rezultatu. Okoliczności przypominały majowy finał Pucharu Polski z Legią Warszawa, kiedy po wyrzuceniu z boiska Yuriego Ribeiro Raków miał prowadzić pojedynek na własnych warunkach.
Wtedy nie znalazło to jednak przełożenia na końcowy wynik i podobne obawy, które zaistniały u niektórych wczoraj, znalazły w dużej mierze przełożenie na rzeczywisty obraz meczu i wydarzeń boiskowych. Kuriozum, jakie miało miejsce przy zmianie kontuzjowanego chorwackiego stopera Jeanem Carlosem Silvą, który zameldował się na murawie dopiero po ponad czterech minutach od zejścia lidera „Czerwono-niebieskich”, znalazło apogeum w końcówce pierwszego kwadransa – zmuszony do defensywy wściekły John Yeboah musiał ekspediować piłkę na rzut rożny, a dośrodkowanie z narożnika strzałem głową na bramkę zamienił Sebastian Coates.
Nie popisał się Vladan Kovacević, który źle ocenił tor lotu futbolówki, zawalił również Milan Rundić, któremu łatwo urwał się doświadczony Urugwajczyk. Ale to ten duet razem z Franem Tudorem przechwytującym opaskę musiał wziąć cały ciężar gatunkowy na klatę i pociągnąć drużynę do nawiązania walki. Do końca pierwszej połowy wypady podopiecznych Dawida Szwargi w „szesnastkę” przeciwnika były raczej sporadyczne, ale to nie znaczy, że zespół spod Jasnej Góry nie powinien wykorzystać choć jednej przyzwoitej akcji. Portugalczykom dystrybucja piłki i działania pod presją wychodziły lepiej, ale wreszcie istotna strata zaczęła dawać się we znaki.











