Raków Częstochowa wygrał z Piastem Gliwice 1:0 po samobójczej bramce Jakuba Czerwińskiego w sobotnim meczu 19. kolejki ekstraklasy. Styl nie był najlepszy, ale dla zespołu trenera Marka Papszuna w to zimowe popołudnie liczyła się tylko wygrana, która pozwalała zapomnieć o stracie punktów przed tygodniem i przybliżyła ich do końcowego celu.
Spotkanie „Czerwono-niebieskich” z „Niebiesko-czerwonymi” było mocno zamknięte. Obie drużyny w żadnym momencie nie rzuciły wszystkich sił do ataku, tylko szachowały się między sobą. W kilku fragmentach to goście wygrywali więcej przebitek, zagęszczali środek pola, umiejętniej zbierali drugie piłki i lepiej kontrolowali futbolówkę, ale pechowo stracona bramka pod koniec pierwszej połowy podcięła im skrzydła.
Z kolei gospodarze inteligentnie wyciągali rywali na własną połowę i mimo pewnych problemów pod pressingiem wiedzieli, kiedy wrzucić wyższe tempo. Wydaje się, że drużynowo wycisnęli z siebie minimalnie więcej zaangażowania, które było szczególnie ważne w szalenie trudnej końcówce, kiedy warunki gry dyktowały warunki pogodowe.
Dawka pewności po dawce niepewności
Pomimo indywidualnych błędów, małej skuteczności prób kombinacyjnych i ogólnego średniego wrażenia pozostawionego po dzisiejszym domowym starciu piłkarze Rakowa mogą wymazać z głów nerwowość, jaka wkradła się po podziale punktów w Grodzisku Wielkopolskim. Wiemy, jak ważne jest odpowiednie wejście w rundę.
Chwile wielkiej frustracji, uczucie przechytrzenia przez przeciwnika, przegrywanie pomimo znacznej przewagi, samoeliminacja Tudora i fatalne występy Nowaka czy Papanikolaou. To wszystko budziło wątpliwości, czy stare demony nie zaczną wracać. Dzisiaj tematu już nie ma. Są dwa spotkania, cztery punkty, utrzymana przewaga nad rywalami i optymizm na przyszłe pojedynki. Wrażenie, że komplikacji po tamtej wpadce udało się uniknąć.
Częstochowian od początku sezonu nie opuszcza na dłużej również wrażenie szczęścia, co udowodniła także dzisiejsza bramka. Skupienie natomiast musi zostać zachowane w defensywie. Blok obronny, począwszy od Kovacevica, a skończywszy na Rundiciu, Arseniciu i Svarnasie, przekonuje, że największe zagrożenie jest w stanie od czasu do czasu zmajstrować sobie sam.
Niepewne przyjęcia i wyczekiwanie 25-letniego bramkarza potrafi przyprawić sympatyków RKS-u o zawał serca. Przydarzające się nieporozumienia z wahadłowymi, niedokładności Greka oraz Serba czy zawahania Chorwata też są elementami, nad którymi wicemistrzowie Polski powinni popracować, aby wszystko funkcjonowało jeszcze lepiej.











