To był jeden z tych niecodziennych momentów w futbolu. Dzisiejszego wieczoru kibice Liverpoolu zapomnieli o podziałach i trzymali kciuki za drużynę Chelsea. Trochę jak w niektórych bajkach o superbohaterach, którzy nagle łączą siły z antagonistami, by pokonać wspólnego wroga. Jak widać po wyniku, przyniosło to upragniony skutek. Manchester City po dwóch świetnych meczach musiał uznać wyższość „The Blues”.
Zgodnie z przedmeczowym zapowiedziami w wyjściowym składzie nie rozpoczął naturalny zmiennik kontuzjowanego Aguero – Gabriel Jesus. Brak nominalnego napastnika nie wpłynął na siłę ofensywną „Obywateli”, jednak ewidentnie brakowało kogoś od wykańczania akcji.
Mimo olbrzymiej przewagi podopieczni Guardioli nie potrafili stworzyć sobie wielu klarownych sytuacji. Co gorsze, lider obrony – Aymeric Laporte – wyglądał wyjątkowo niepewnie od pierwszych minut meczu.
Chelsea niczym wytrawny bokser
Frank Lampard dał kolejną szansę Olivierowi Giroudowi, który jednak tym razem nie odwdzięczył mu się bramką za zaufanie.
Wyręczył go Christian Pulisic. Zanim do tego doszło, „The Blues” nie prezentowali się jak zespół walczący o TOP 4. Jak miało się okazać, schowani za podwójną gardą wyczekiwali błędu rywala… i się doczekali, dwukrotnie wykorzystując nieporadność City w formacji obronnej.
Pulisic po powrocie nie zawodzi
Jeśli już tylko gra, Reprezentant Stanów Zjednoczonych dodaje rozgrywce sporo jakości. Były zawodnik Borussi Dortmund, odkąd przybył na Stamford Bridge, jest nękany przez kontuzje. Na szczęście dla ekipy Franka Lamparda zdołał wrócić do formy przed restartem rozgrywek. W poprzednim spotkaniu z Aston Villą po wejściu z ławki zdobył zwycięskiego gola. Dziś również nie zawiódł. Najpierw bezlitośnie wykorzystał nieporozumienie Benjamina Mendy’ego z Ilkayem Guendoganem i pewnym strzałem pokonał Edersona. W drugiej połowie miał walny udział w wywalczeniu rzutu karnego pewnie wykorzystanego przez Wiliana.











