Mecz, który przypomniał Wiśle, że jest pierwszoligowcem. To celne określenie tych 90 minut, podczas których „Biała Gwiazda” desperacko szukała chociaż milimetrów przestrzeni do zmniejszenia skali pogromu, jaki zafundował Rapid Wiedeń. Pierwsze bramki to ewidentnie efekt niedopatrzeń, każda kolejna to w zasadzie prezent od defensywy Wisły. Piłkarze spod Wawelu skutecznie przypomnieli nam, że nie warto robić sobie przedwcześnie zbyt dużych nadziei.
Gdyby ktoś z Wisły wpadł na szalony pomysł bronienia porażki 1:6, jakim skończyło się spotkanie z Rapidem Wiedeń, miałby w ręku zaledwie jeden argument o znamionach racjonalizmu. Byłoby nim to, że Wisła jest pierwszoligowcem, a grała z czołową drużyną Austrii. Powiedzmy sobie szczerze, choćby przed wiślakami wyszli Jude Bellingham, Vinicius Junior, Lamine Yamal i Kylian Mbappe, walczyć trzeba. Futbol nie polega na tym, że widząc kogoś o kilka klas lepszego, dochodzimy do wniosku, że rzucamy to wszystko w diabły i bierzemy na klatę porażkę jeszcze przed startem meczu. Oczywistość, prawda? Mam wrażenie, że podopieczni Kazimierza Moskala o tym zapomnieli.
Rapid Wiedeń łatwo pokonuje Wisłę
Okazji Wisły w pierwszej połowie było jak na lekarstwo. Długo niewidoczny pozostawał Angel Rodado, co, mam wrażenie, wprowadziło ogromną dezorientację w próbach wyprowadzania akcji krakowian. Łukasz Zwoliński dalej sabotował grę swojego klubu, co ma w zwyczaju już mniej więcej od roku. Mnóstwo niedokładności, strat. Niełatwo się to oglądało.
Rapid Wiedeń swoje akcje kreował z reguły w spokojny, przemyślany sposób. Płynne podania, z nogi do nogi, bez przyjęcia i półgodzinnych przemyśleń kończących się profilaktycznym zagraniem do tyłu. Jedno, drugie, czwarte, siódme takie podanie – Rapid jest pod polem karnym Wisły, obrona jest kompletnie zdezorganizowana, piłkarze z Wiednia strzelają gola.
Wisła Kraków nie nadążała
Gospodarzom trzeba przyznać, że tempo ich gry wręcz zawstydziło przyjezdnych. Gdy Rapid Wiedeń wychodził z kontrą, defensywa Wisły miała gigantyczne problemy z dogonieniem rozpędzonej tercji ofensywnej i bardziej modliła się o jakiś głupi błąd rywala. Jakaś taktyka to jest, ale nie gdy rywalem jest wicemistrz Austrii, przedstawiciel piłkarskiej czołówki. Tutaj bowiem szansa na głupi błąd jest dużo mniejsza niż w przypadku, powiedzmy, piłkarzy Polonii Warszawa, których nie tak dawno podejmowała.











