Piłka nożna w Islandii kojarzy nam się przede wszystkim z dwiema rzeczami. Są to oczywiście Stjarnan Gardabaer, który w 2014 roku sensacyjnie wyeliminował z europejskich pucharów Lecha Poznań, oraz reprezentacja, która zachwyciła wszystkich na Euro 2016, kiedy doszła aż do ćwierćfinału, eliminując po drodze Anglików. Jednakże jaka jest realna siła ligi islandzkiej? Temu zagadnieniu przyjrzymy się w kolejnym wydaniu Przeglądu Lig Niepospolitych.
Liga islandzka zwana Pepsi Max deild jest bardzo nisko w klasyfikacji UEFA. Prawdę powiedziawszy, z rankingu wynika, że jest to jedna z najsłabszych lig w Europie, ponieważ jest sklasyfikowana dopiero na 39. miejscu. Brak sukcesów w europejskich pucharach oraz fakt, że ta liga jeszcze niedawno była praktycznie amatorska, jest powodem bardzo niskiej lokaty. Jednakże pomału coś zaczyna się zmieniać na lepsze.
Powolny rozwój
Piłka nożna długo nie był sportem narodowym w Islandii. Trudno się temu dziwić. Tamtejsza liga nigdy nie należała do silnych, a reprezentacja regularnie dostawała srogie baty prawie od każdego. Co prawda poza kwestią drużyny narodowej w zasadzie wiele się nie zmieniło, ale jednak coraz więcej Islandczyków przekonuje się do futbolu.
Trzeba przyznać, że ostatnie lata to lepszy czas dla Pepsi Max deild. Tempo zmian nie jest oszałamiające, ale powolny rozwój jest lepszy niż brak rozwoju. O tym, że z tą ligą jest coraz lepiej, świadczy chociażby fakt sponsora tytularnego, którym od niedawna jest Pepsi, czyli nie byle kto. Wcześniej ta liga nazywała się Meistaraflokkur, następnie 1. deild, a w 1997 roku zmieniła nazwę na Úrvalsdeild.
– Liga islandzka od kilku lat przechodzi co roku kolejną mniejszą lub większą rewolucję. Są to przede wszystkim zmiany marketingowe, organizacyjne. Niewiele ponad dziesięć lat temu była to liga z dziesięcioma zespołami, gdzie grano typowo amatorski futbol. Dzisiaj w lidze gra 12 drużyn (tak samo w 1. 2. i 3. lidze), istnieją kluby profesjonalne lub półzawodowe. Z każdej kolejki transmituje się 2-3 mecze w komercyjnej telewizji – powiedział Piotr Giedyk, autor fanpage’a na Facebooku o nazwie „Piłkarska Islandia”.
Oczywiście nie są to rozgrywki, z których regularnie pozyskuje się piłkarzy do klubów z czołowych lig europejskich, co nie znaczy, że nie dzieje się to w ogóle. Zawodnicy narodowej reprezentacji, którzy awansowali do ćwierćfinału Euro 2016, a potem dostali się na mundial w Rosji, jakby nie patrzeć, wychowali się w islandzkich klubach.
Jednakże o Pepsi Max deild trudno powiedzieć, że może być trampoliną do wielkiej kariery. Gylfi Sigurdsson – największa gwiazda reprezentacji Islandii – nigdy nie zadebiutował w lidze islandzkiej. Mając niecałe 16 lat, trafił do Reading. Gdyby nie został w tak młodym wieku dostrzeżony przez wysłanników angielskiego klubu, dziś być może nie grałby w Evertonie.
Nazwiska piłkarzy występujących w Pepsi Max deild wciąż nie rzucają na kolana, choć ostatnio poczyniono kilka ciekawych transferów. Łączna wartość rynkowa wszystkich zawodników tej ligi to jedynie 21 milionów euro, a wartość najdroższego z nich szacuje się na około 400 tysięcy euro. Z pewnością te liczby nie są zbyt imponujące, ale prawda jest taka, że w Pepsi Max deild nie grają tuzy futbolu. Jednakże i tak jest dużo lepiej niż jeszcze kilkanaście lat temu.











