Już niedługo dwie najlepsze aktualnie drużyny świata wybiegną na murawę Estadio Santiago Bernabeu, by zawalczyć, przynajmniej na kilka miesięcy, o prymat w świecie futbolu. Za Realem przemawia aktualna forma, za Barceloną to, że to Barcelona.
Po kwietniowym maratonie Gran Derbi wydaje się, że piłkarska Hiszpania trochę się zmęczyła. W mediach próżno szukać napięcia, jakie towarzyszyło starciom Realu i Barcelony w zeszłym sezonie. Jasne, wszystkie serwisy internetowe aż kipią od komentarzy, prognoz i statystyk, ale mimo wszystko czegoś brakuje. Czego? Tego:
– On jest pieprzonym szefem, pieprzoną miłością. Na konferencji prasowej z nim nie wygram. Jose, do zobaczenia na boisku.
I tego:
– Guardiola rozpoczął nową epokę. On krytykuje arbitra za dobre decyzje. Przyzwyczaił się do tego, co widzieliśmy na Stamford Bridge i teraz ciężko mu zaakceptować sprawiedliwe sędziowanie.

Jeśli zeszłoroczne „Los Clasicos” były wojną, w której wrogowie wytoczyli najcięższe działa, ostrzeliwali się z armat i szturmowali czołgami, to teraz wszystko wygląda tak, jakby dwie małe dziewczynki biły się zerwanymi na łące kwiatkami. Wielki mecz już jutro, a tu zero kontrowersji. Nic, zero, null. Nawet jednego pieprzonego szefa, nawet jednego „por que”. Podobno Mourinho zmienił trochę swoje podejście, doszedł do wniosku, że lepiej nie prowokować, być miłym i spokojnym. Oczywiście w przypadku Portugalczyka słowo miły należałoby wziąć w cudzysłów. Wilk, nawet gdy go calutkiego obwiniemy owczą skórą, pozostanie wilkiem. Jeśli teraz trzyma nerwy na wodzy – bardzo dobrze. Ale wybuch jest chyba kwestią czasu. Jeśli Real przegra, pewnie dowiemy się, że winna jest UEFA. Wstrzemięźliwość krasomówcza Jose pewnie pomaga „Królewskim”. Niestety nas, postronnym obserwatorów, to nudzi. W obozie Barcelony podoba sytuacja. Piłkarze więcej mówią o powrocie do zdrowia Tito Vilanovy niż o klasyku. Dani Alves nie atakuje Realu, Xavi nie oskarża o antyfutbol…
Gdyby zsumować wszystkie przedmeczowe komentarze – promadryckie, probarcelońskie i neutralne – wyszłoby na to, że minimalną przewagę ma Real. To na „Los Merengues” stawia większość bezstronnych obserwatorów. Wrażenie robi seria piętnastu kolejnych wygranych, głównie pogromów. Wrażenie robi forma praktycznie każdego piłkarza, może poza Mesutem Oezilem. Madrycka maszyna jest groźna jak nigdy i to jest oczywiste dla każdego. Nowy premier Hiszpanii wieszczy gładkie 3:1, stary premier, zapamiętały cule, liczy na minimalną wygraną Barcelony. Król Juan Carlos w prognozy się nie bawi, ale, oglądając mecz, kciuki trzymał będzie za Real. Ton wszystkich wypowiedzi jest podobny. Obie drużyny grają na tym samym poziomie, jedna jest w stanie pokonać drugą i 1:0, i 3:0, o wszystkim zdecyduje splot miliona czynników, których przewidzieć się nie da.











