Już niedługo umysły fanów piłki nożnej rozpali do czerwoności najwspanialsza rywalizacja klubowa europejskiego futbolu. Naprzeciwko siebie staną gracze warci dziesiątki milionów dolarów, trenerzy uchodzący za wirtuozów taktyki i przede wszystkim setki tysięcy fanów na całym świecie. Zanim zanurzymy się w kolejnych piłkarskich ucztach, zapraszam na krótki przegląd postaci, które zapisały się mniej lub bardziej złotymi zgłoskami w historii Gran Derbi.
Ricardo Zamora Zaczynamy od dwóch piłkarzy szczególnych, bo mających na swoim koncie występy i w Realu, i w Barcelonie. Pierwszym z nich jest wielki Zamora, bramkarz legenda, wyznacznik poziomu i niedościgniony wzór dla niezliczonej rzeszy następców. Człowiek, którego karierę śledził sam Stalin. Pierwszy prawdziwy gwiazdor futbolu, pierwszy, przepraszam za użycie tego okropnego słowa, celebryta. Ricardo najlepszy mecz w karierze, uczczony najlepszą interwencją, rozegrał w barwach Realu. Było to pucharowe Gran Derbi, w którym Katalończyk w ostatnich minutach w sposób nieziemski bronił kolejne strzały napastników „Blaugrany”. Wielka szkoda, że ówczesna technologia nie pozwoliła na uwiecznienie tych popisów. Może gdybyśmy dziś oglądali te parady, siedząc wygodnie w fotelu naprzeciw olbrzymiego ekranu, w pełni zrozumielibyśmy nabożną cześć, jaką Hiszpanie otaczają Zamorę. Zainteresowanych dokładniejszą biografią Zamory odsyłam do tekstu w ramach cyklu Futbol jest wielki – Wsparty o Szczyty Pirenejów.
Raul Gonzalez (fot. marca.com)
Josep Samitier Gdyby ten Katalończyk kopał piłkę teraz, to Figo miałby znacznie łatwiejsze życie. Samitier, który z Barcelony do Realu przeszedł po trzynastu (!) latach gry w koszulce Barcelony, do dziś pozostaje drugim najlepszym strzelcem w historii klubu. W Gran Derbi strzelał gole dla obu stron, częściej, co oczywiste, dla „Blaugrany”. W 1926 roku w ćwierćfinałowym dwumeczu w ramach Pucharu Króla bramkarza rywali pokonał sześciokrotnie. Przechodząc do Realu, Samitier kierował się głównie wielką przyjaźnią, jaka łączyła go z Zamorą. Tym, którym ciężko wyobrazić sobie skalę emocji towarzyszących transferowi, sugeruję zastanowienie się, jakie konsekwencje miałaby zmiana barw klubowych na białe przez Puyola albo Xaviego?
Cesar Rodriguez Czas na kolejnego barcelonistę, piłkarza, który z nieznanych nikomu przyczyn jest zdecydowanie za mało doceniany. Jest najlepszym strzelcem w historii „Dumy Katalonii”, piątym najlepszym w historii ligi hiszpańskiej, a mówi się o nim znacznie mniej niż o Kubali, Suarezie czy nawet Cruyffie, który na Półwyspie Iberyjskim cudów piłkarskich nie dokonywał. Cesar przez 16 lat gry w barwach Barcelony trzymał równy, bardzo wysoki poziom. Nie był piekielnie skuteczny jak Zarra, ale strzelał zawsze, gdy było to potrzebne. Wielce prawdopodobne, że za kilka lat Rodriguez tytuł najlepszego strzelca klubu straci, statystki Messiego są bezlitosne, ale pamiętać o nim trzeba. W samej lidze bramkarza Realu pokonywał dwanaście razy!
Alfredo Di Stefano Kolejny, przynajmniej teoretycznie, zawodnik związany z obydwoma gigantami. Miał już podpisany kontrakt z Barceloną, który, na szczęście dla Realu Madryt, był źle skonstruowany. Piłkarz umowę zerwał i podpisał nową, już poprawną, z „Los Blancos”. Co ciekawe, „La Saeta Rubia” rozegrał jeden mecz w koszulce Barcelony, było to piłkarskie pożegnanie jego wielkiego przyjaciela, Ladislao Kubali, z okazji którego doszło do zamiany barw klubowych przez największe gwiazdy obu ekip. Di Stefano ze swoimi osiemnastoma golami jest najlepszym strzelcem w historii hiszpańskich klasyków. O piłkarskich umiejętnościach Alfredo nie będę pisał. Dowodzenie, że był najlepszym z najlepszych jest tak potrzebne jak przekonywanie, że białe jest białe, a czarne czarne.
Ferenc Puskas Następny przedstawiciel największej futbolowej ekipy w historii. W kontekście Gran Derbi trzeba przypomnieć przede wszystkim rok 1963. Wtedy „Galopujący major” w obu meczach z Barceloną kompletował hattricki, a Real wygrywał kolejno: 1:5 i 4:0. Bardzo ważne dla Madrytu są jego trafienia z półfinałowego meczu w ramach Pucharu Europy w roku 1960. Jego klub wygrał oba mecze w stosunku 3:1, a Węgier piłkę w siatce umieszczał trzykrotnie. Ferenc piłkarsko był nieskazitelny, wirtuozerski. Popularna anegdotka mówi, że będąc już w wieku zdecydowanie emerytalnym, lubił przychodzić na treningi drużyn młodzieżowych i zakładać się z zawodnikami, kto celniej kopie. Zawsze wygrywał. Pod koniec życia, gdy kolejne ciężkie choroby przykuwały go do łóżka, całymi dniami oglądał Real Madrid TV. W ciągu dziesięciu lat dominacji Realu Di Stefano, Gento, Puskasa i spółki rozstało rozegranych 19 ligowych klasyków, z których Madryt wygrał aż 14, a pamiętajmy, że ówczesna Barcelona to nie byli żadni chłopcy do bicia. Gdyby nie trenerskie wyczyny Guardioli, pewnie do dziś uchodziliby za najlepszą obok „Dream Teamu” generację barcelonistów.
Diego Maradona „Boski” grał w Barcelonie tylko przez dwa lata, ale zdążył zapisać się w historii Gran Derbi czterema bramkami. Do dziś wspomina mecze z Realem jako jedne z najbardziej emocjonujących w karierze. Ta opinia przewija się w wypowiedziach niemal wszystkich graczy, którzy dostąpili zaszczytu grania w El Clasico. Argentyńczyk z przerostem ego ma ciekawy stosunek do Realu Madryt. Rok temu głośno krzyczał, że „Królewscy” niszczą kariery jego rodaków, są odpowiedzialni za całe zło tego świata i w ogóle powinni przestać istnieć. Kilka miesięcy temu już z dumą prezentował białą koszulkę z podpisem Mourinho i twierdził, że chętnie widziałby męża swojej córki, Kuna Aguero, w Realu. Ale czy nam, śmiertelnikom, wypada oceniać wypowiedzi i gesty tego, samozwańczego niestety, boga?
Periko Alonso Na liście bohaterów Gran Derbi umieszczony ze względu na swojego syna. Jeśli Xabiemu uda się zdobyć bramkę w którymś z czterech (sześciu, jeśliby liczyć Superpuchary) starć z Barceloną, będzie to pierwszy przypadek w historii, kiedy syn i ojciec będą trafiali dla odwiecznych wrogów. Periko (Hiszpanie nazywają go Perico, ale my uszanujemy baskijską dumę i miłość do literki „k”), jak twierdzi sam Xabi, nie był artystą futbolu. Szukając analogii we współczesnej piłce, do głowy przychodzi przede wszystkim Gennaro Gattuso. Alonso senior lubił od czasu do czasu powalić kogoś na murawę, skosić równo z trawą albo zwyzywać. Był elementem zabezpieczającym tyły, żeby z przodu mógł hasać wspomniany wcześniej „Boski Diego”. Xabi jest inny, każdy zna jego doskonałe podania i wielką boiskową inteligencję. Jose Mourinho bez cienia wątpliwości stwierdził, że Bask będzie w przyszłości wielkim trenerem. Pewnie lepszym niż Periko, który sukcesów szkoleniowych nie ma żadnych.
Michael Laudrup Piłkarz, którego decyzję o przejściu z Barcelony do Realu uważa się za równie szaloną, co genialną. Wyobraźcie sobie taką sytuację: gracie w najlepszej drużynie w Hiszpanii, absolutnym dominatorze, odwiecznego rywala rozbijacie 5:0, pieczętując kolejny z rzędu tytuł ligowy. Co robicie? Laudrup doszedł do wniosku, że ciągłe wygrywanie jest nudne, że potrzebuje wrażeń, wyzwań i emocji. No i przeszedł do Realu, by po pół roku pokonać swoją byłą drużynę 5:0! Możemy tylko wyobrażać sobie, jaką satysfakcję, tylko nieznacznie tłumioną przez miłość do Barcelony, czuł Duńczyk. Dobrze jest wiedzieć, że podjęło się dobrą decyzję.
Raul „El Siete”, madridista czystej wody, którego serce i dusza są bielsze niż śnieg, znajduje się obecnie na wygnaniu w Germanii. Do jego braku w Gran Derbi powoli się przyzwyczajamy, ale nie jest to łatwe – zapisał piękną kartę w historii tych pojedynków. Do dziś w liczbie strzelonych goli ustępuje tylko Di Stefano. Do historii przeszła jego celebracja trafienia na Camp Nou w roku 1999. Barcelona prowadzi 2:1, sędzia usilnie stara się nie dopuścić do zmiany wyniku.
Raul strzela i ucisza największy stadion Europy.
Roberto Carlos Co tu dużo mówi/pisać. Carlos zrobił Barcelonie taką samą krzywdę jak dziesiątkom innych ekip.
Łezka się w oku kręci. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie strzały Roberto to najwspanialsza rzecz istniejąca w futbolu.
Ronaldinho Brazylijczyk o posturze małpy i zębach konia dokonał rzeczy niebywałej. Dostał owację na stojąco na Bernabeu. Powiecie, że to nic wielkiego, zdarza się. Otóż nie, nie zdarza się. To był dopiero drugi taki przypadek w historii. Pierwszy miał miejsce w roku 1941, przy okazji meczu, który był niejako przeprosinami za haniebny pogrom 11:1. 65 lat czekało Bernabeu, by wreszcie uznać, że jakiemuś barceloniście należą się brawa.
Leo Messi Jeśli ktoś ma powtórzyć osiągnięcie Ronaldinho, to tylko Messi. Argentyńczyk strzelił już Realowi siedem goli i nic nie wskazuje na to, by miał przestać. Na swoim koncie ma już ligowego hattricka z roku 2007.
Szanuję Real, ale nie jest super w formie. ~www ty
się mylisz bo nie dawno real przegrał ze
słabeuszem z Gijon! W Primerze będzie 2-0 dla Barcy
a w Pucharze króla 3-1 dla Barcy
~
~onnnn
ronaldinho to czlowiek o posturze malpy? ciekawe z
ktorej strony. wez czlowieku sie lecz, chciales
zablysnac oryginalnoscia ale ci nie wyszlo, bo mi on
w zadnym stopniu nie przypomina malpy
Dodaj komentarz
Już niedługo umysły fanów piłki nożnej rozpali do czerwoności najwspanialsza rywalizacja klubowa europejskiego futbolu. Naprzeciwko siebie staną gracze warci dziesiątki milionów dolarów, trenerzy uchodzący za wirtuozów taktyki i przede wszystkim setki tysięcy fanów na całym świecie. Zanim zanurzymy się w kolejnych piłkarskich ucztach, zapraszam na krótki przegląd postaci, które zapisały się mniej lub bardziej złotymi zgłoskami w historii Gran Derbi.
Ricardo Zamora Zaczynamy od dwóch piłkarzy szczególnych, bo mających na swoim koncie występy i w Realu, i w Barcelonie. Pierwszym z nich jest wielki Zamora, bramkarz legenda, wyznacznik poziomu i niedościgniony wzór dla niezliczonej rzeszy następców. Człowiek, którego karierę śledził sam Stalin. Pierwszy prawdziwy gwiazdor futbolu, pierwszy, przepraszam za użycie tego okropnego słowa, celebryta. Ricardo najlepszy mecz w karierze, uczczony najlepszą interwencją, rozegrał w barwach Realu. Było to pucharowe Gran Derbi, w którym Katalończyk w ostatnich minutach w sposób nieziemski bronił kolejne strzały napastników „Blaugrany”. Wielka szkoda, że ówczesna technologia nie pozwoliła na uwiecznienie tych popisów. Może gdybyśmy dziś oglądali te parady, siedząc wygodnie w fotelu naprzeciw olbrzymiego ekranu, w pełni zrozumielibyśmy nabożną cześć, jaką Hiszpanie otaczają Zamorę. Zainteresowanych dokładniejszą biografią Zamory odsyłam do tekstu w ramach cyklu Futbol jest wielki – Wsparty o Szczyty Pirenejów.
Raul Gonzalez (fot. marca.com)
Josep Samitier Gdyby ten Katalończyk kopał piłkę teraz, to Figo miałby znacznie łatwiejsze życie. Samitier, który z Barcelony do Realu przeszedł po trzynastu (!) latach gry w koszulce Barcelony, do dziś pozostaje drugim najlepszym strzelcem w historii klubu. W Gran Derbi strzelał gole dla obu stron, częściej, co oczywiste, dla „Blaugrany”. W 1926 roku w ćwierćfinałowym dwumeczu w ramach Pucharu Króla bramkarza rywali pokonał sześciokrotnie. Przechodząc do Realu, Samitier kierował się głównie wielką przyjaźnią, jaka łączyła go z Zamorą. Tym, którym ciężko wyobrazić sobie skalę emocji towarzyszących transferowi, sugeruję zastanowienie się, jakie konsekwencje miałaby zmiana barw klubowych na białe przez Puyola albo Xaviego?
Cesar Rodriguez Czas na kolejnego barcelonistę, piłkarza, który z nieznanych nikomu przyczyn jest zdecydowanie za mało doceniany. Jest najlepszym strzelcem w historii „Dumy Katalonii”, piątym najlepszym w historii ligi hiszpańskiej, a mówi się o nim znacznie mniej niż o Kubali, Suarezie czy nawet Cruyffie, który na Półwyspie Iberyjskim cudów piłkarskich nie dokonywał. Cesar przez 16 lat gry w barwach Barcelony trzymał równy, bardzo wysoki poziom. Nie był piekielnie skuteczny jak Zarra, ale strzelał zawsze, gdy było to potrzebne. Wielce prawdopodobne, że za kilka lat Rodriguez tytuł najlepszego strzelca klubu straci, statystki Messiego są bezlitosne, ale pamiętać o nim trzeba. W samej lidze bramkarza Realu pokonywał dwanaście razy!
Alfredo Di Stefano Kolejny, przynajmniej teoretycznie, zawodnik związany z obydwoma gigantami. Miał już podpisany kontrakt z Barceloną, który, na szczęście dla Realu Madryt, był źle skonstruowany. Piłkarz umowę zerwał i podpisał nową, już poprawną, z „Los Blancos”. Co ciekawe, „La Saeta Rubia” rozegrał jeden mecz w koszulce Barcelony, było to piłkarskie pożegnanie jego wielkiego przyjaciela, Ladislao Kubali, z okazji którego doszło do zamiany barw klubowych przez największe gwiazdy obu ekip. Di Stefano ze swoimi osiemnastoma golami jest najlepszym strzelcem w historii hiszpańskich klasyków. O piłkarskich umiejętnościach Alfredo nie będę pisał. Dowodzenie, że był najlepszym z najlepszych jest tak potrzebne jak przekonywanie, że białe jest białe, a czarne czarne.
Ferenc Puskas Następny przedstawiciel największej futbolowej ekipy w historii. W kontekście Gran Derbi trzeba przypomnieć przede wszystkim rok 1963. Wtedy „Galopujący major” w obu meczach z Barceloną kompletował hattricki, a Real wygrywał kolejno: 1:5 i 4:0. Bardzo ważne dla Madrytu są jego trafienia z półfinałowego meczu w ramach Pucharu Europy w roku 1960. Jego klub wygrał oba mecze w stosunku 3:1, a Węgier piłkę w siatce umieszczał trzykrotnie. Ferenc piłkarsko był nieskazitelny, wirtuozerski. Popularna anegdotka mówi, że będąc już w wieku zdecydowanie emerytalnym, lubił przychodzić na treningi drużyn młodzieżowych i zakładać się z zawodnikami, kto celniej kopie. Zawsze wygrywał. Pod koniec życia, gdy kolejne ciężkie choroby przykuwały go do łóżka, całymi dniami oglądał Real Madrid TV. W ciągu dziesięciu lat dominacji Realu Di Stefano, Gento, Puskasa i spółki rozstało rozegranych 19 ligowych klasyków, z których Madryt wygrał aż 14, a pamiętajmy, że ówczesna Barcelona to nie byli żadni chłopcy do bicia. Gdyby nie trenerskie wyczyny Guardioli, pewnie do dziś uchodziliby za najlepszą obok „Dream Teamu” generację barcelonistów.
Diego Maradona „Boski” grał w Barcelonie tylko przez dwa lata, ale zdążył zapisać się w historii Gran Derbi czterema bramkami. Do dziś wspomina mecze z Realem jako jedne z najbardziej emocjonujących w karierze. Ta opinia przewija się w wypowiedziach niemal wszystkich graczy, którzy dostąpili zaszczytu grania w El Clasico. Argentyńczyk z przerostem ego ma ciekawy stosunek do Realu Madryt. Rok temu głośno krzyczał, że „Królewscy” niszczą kariery jego rodaków, są odpowiedzialni za całe zło tego świata i w ogóle powinni przestać istnieć. Kilka miesięcy temu już z dumą prezentował białą koszulkę z podpisem Mourinho i twierdził, że chętnie widziałby męża swojej córki, Kuna Aguero, w Realu. Ale czy nam, śmiertelnikom, wypada oceniać wypowiedzi i gesty tego, samozwańczego niestety, boga?
Periko Alonso Na liście bohaterów Gran Derbi umieszczony ze względu na swojego syna. Jeśli Xabiemu uda się zdobyć bramkę w którymś z czterech (sześciu, jeśliby liczyć Superpuchary) starć z Barceloną, będzie to pierwszy przypadek w historii, kiedy syn i ojciec będą trafiali dla odwiecznych wrogów. Periko (Hiszpanie nazywają go Perico, ale my uszanujemy baskijską dumę i miłość do literki „k”), jak twierdzi sam Xabi, nie był artystą futbolu. Szukając analogii we współczesnej piłce, do głowy przychodzi przede wszystkim Gennaro Gattuso. Alonso senior lubił od czasu do czasu powalić kogoś na murawę, skosić równo z trawą albo zwyzywać. Był elementem zabezpieczającym tyły, żeby z przodu mógł hasać wspomniany wcześniej „Boski Diego”. Xabi jest inny, każdy zna jego doskonałe podania i wielką boiskową inteligencję. Jose Mourinho bez cienia wątpliwości stwierdził, że Bask będzie w przyszłości wielkim trenerem. Pewnie lepszym niż Periko, który sukcesów szkoleniowych nie ma żadnych.
Michael Laudrup Piłkarz, którego decyzję o przejściu z Barcelony do Realu uważa się za równie szaloną, co genialną. Wyobraźcie sobie taką sytuację: gracie w najlepszej drużynie w Hiszpanii, absolutnym dominatorze, odwiecznego rywala rozbijacie 5:0, pieczętując kolejny z rzędu tytuł ligowy. Co robicie? Laudrup doszedł do wniosku, że ciągłe wygrywanie jest nudne, że potrzebuje wrażeń, wyzwań i emocji. No i przeszedł do Realu, by po pół roku pokonać swoją byłą drużynę 5:0! Możemy tylko wyobrażać sobie, jaką satysfakcję, tylko nieznacznie tłumioną przez miłość do Barcelony, czuł Duńczyk. Dobrze jest wiedzieć, że podjęło się dobrą decyzję.
Raul „El Siete”, madridista czystej wody, którego serce i dusza są bielsze niż śnieg, znajduje się obecnie na wygnaniu w Germanii. Do jego braku w Gran Derbi powoli się przyzwyczajamy, ale nie jest to łatwe – zapisał piękną kartę w historii tych pojedynków. Do dziś w liczbie strzelonych goli ustępuje tylko Di Stefano. Do historii przeszła jego celebracja trafienia na Camp Nou w roku 1999. Barcelona prowadzi 2:1, sędzia usilnie stara się nie dopuścić do zmiany wyniku.
Raul strzela i ucisza największy stadion Europy.
Roberto Carlos Co tu dużo mówi/pisać. Carlos zrobił Barcelonie taką samą krzywdę jak dziesiątkom innych ekip.
Łezka się w oku kręci. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie strzały Roberto to najwspanialsza rzecz istniejąca w futbolu.
Ronaldinho Brazylijczyk o posturze małpy i zębach konia dokonał rzeczy niebywałej. Dostał owację na stojąco na Bernabeu. Powiecie, że to nic wielkiego, zdarza się. Otóż nie, nie zdarza się. To był dopiero drugi taki przypadek w historii. Pierwszy miał miejsce w roku 1941, przy okazji meczu, który był niejako przeprosinami za haniebny pogrom 11:1. 65 lat czekało Bernabeu, by wreszcie uznać, że jakiemuś barceloniście należą się brawa.
Leo Messi Jeśli ktoś ma powtórzyć osiągnięcie Ronaldinho, to tylko Messi. Argentyńczyk strzelił już Realowi siedem goli i nic nie wskazuje na to, by miał przestać. Na swoim koncie ma już ligowego hattricka z roku 2007.