Początek sezonu nie zwiastował cudów dla drużyny Zinedine’a Zidane’a. Kontuzja na kontuzji, bardzo mizerne poszczególne spotkania w Primera Division oraz w Lidze Mistrzów i ogólnie gra niezapowiadająca niczego wielkiego. Z meczu na mecz jednak sprawy zaczęły się prostować, a wyniki stały się lepsze. Kluczem do tego okazał się znaczny progres w grze w drugiej linii poparty eksplozją formy poszczególnych piłkarzy. A do tego w Madrycie powoli czyni się kolejne kroki w kierunku wzmocnienia linii pomocy…
Mając na uwadze fakt, że era stałego trio Kroos–Modrić–Casemiro powoli dobiega końca, Florentino Perez chce się zabezpieczyć na wypadek konieczności zmian. Na ten moment Real w swojej artylerii ma już wielu pomocników światowej klasy i powoli miejsca zaczyna dla niektórych brakować. A w perspektywie są jeszcze zawodnicy będący na wypożyczeniu i ci od wielu miesięcy łączeni z klubem z Estadio Santiago Bernabeu.
Władca środka pola
Bez dwóch zdań odkryciem rundy jesiennej okazał się Federico Valverde. Niegdyś marny zmiennik Casemiro, grający z braku laku, w sytuacjach, gdy brakowało innego wyjścia, dziś profesor drugiej linii, który zadomowił się w jedenastce Realu i niespecjalnie myśli, żeby z niej wychodzić. Tylko sześciu piłkarzy rozegrało jak dotąd w lidze więcej spotkań od Urugwajczyka i na tym etapie sezonu brakuje mu już tylko jednego spotkania, żeby wyrównać wynik rozegranych meczów ligowych z poprzedniego sezonu. Do tego w La Liga dołożył dwa gole, co sprawia, że ma ich więcej od m.in. Garetha Bale’a, Edena Hazarda, Luki Jovicia i Viniciusa. Sprzedając w tym momencie Urugwajczyka, „Królewscy” zgarnęliby 10-krotność kwoty, jaką zapłacili za niego, gdy przychodził na Santiago Bernabeu. Rzecz jasna nikt w Madrycie nie myśli o tym, aby pozbywać się Valverde, bo jakość, jaką może on dalej wnosić do gry Realu, znacznie przewyższa te 50 milinów euro, na jakie jest wyceniany.
https://twitter.com/jakrmcf/status/1216464712738557952
Urugwajczyk już powoli do historii zaczyna wchodzić po tym, co zrobił w finałowym meczu o Superpuchar Hiszpanii. Pod koniec dogrywki przy stanie 0:0 z premedytacją sfaulował biegnącego sam na sam Alvaro Moratę, za co, co jasne, obejrzał czerwoną kartkę, ale jednocześnie uratował swoją drużynę przed stratą gola. Real w rzutach karnych pokonał Atletico 4:1, a jak na ironię miano MVP otrzymał właśnie Valverde. Nie brakło zatem porównań do jego rodaka – Luisa Suareza, który w ćwierćfinale mistrzostw świata w 2010 roku, odbijając piłkę ręką z linii bramkowej, zapewnił swojej reprezentacji grę w serii „jedenastek”, a następnie awans do półfinału mundialu. Bo przecież do annałów futbolu nie trzeba wchodzić dzięki wspaniałym bramkom czy spektakularnym interwencjom…
https://www.youtube.com/watch?v=osxNNfRMF9c
Gwiazda na gwieździe
Valverde to piłkarz przyszłości, dopiero wchodzący na salony, jeszcze pukający do wielkiego futbolu. Natomiast zawodników będących na Evereście światowej piłki nożnej Real w swoich szeregach też ma wielu. I środek pola jest nimi przepełniony. Wspomniany tercet Kroos–Modrić–Casemiro na trzy lata zdominował europejski środek pola. Żaden klub nie miał u siebie pomocników, którzy mogliby się zbliżyć do poziomu tej trójki. W tych piłkarzach było wszystko – fantazja, doświadczenie, pomysł na grę, wizja… Wszystko. Obecnie już tej samej jakości nie prezentują, ale dalej jest to absolutny top. Największym przegranym ery tej trójki stał się Isco – piłkarz w pewnym momencie grający na takim poziomie, który gwarantowałby mu występy w podstawowym składzie we wszystkich klubach na świecie. Ale nie w Realu. Ilekroć wchodził z ławki, to dawał coś ekstra do gry. Tyle że wizja gry francuskiego trenera Realu niezmiennie opierała się na niemiecko-chorwackiej dwójce kreatorów i brazylijskiej skale rozbijającej ataki rywali. I Hiszpan stał się więźniem tej filozofii.











