Nic na tym świecie nie jest wieczne i czas każdego dobiega końca. Dotyczy to zwłaszcza karier sportowych, które trwają zdecydowanie krócej niż np. naukowe. Już we wtorek reprezentacja Polski pożegna jeden ze swoich największych symboli ostatni lat. Starcie z Grecją będzie ostatnim, w którym zaprezentuje się Michał Żewłakow.
Nie ulega żadnej wątpliwości, że wiekowy defensor przez ostatnie 12 lat był jednym z najważniejszych i najbardziej rozpoznawalnych punktów naszej reprezentacji. Swój pierwszy występ w białej koszulce z orzełkiem na piersi zaliczył 19 czerwca 1999 roku. Towarzyskim przeciwnikiem zespołu prowadzonego ówcześnie przez Janusza Wójcika była Nowa Zelandia. Premierowy występ w kadrze udał mu się średnio. Zagrał w pierwszym składzie, zmieniony został dopiero w ostatnim kwadransie, aczkolwiek zabrakło tego impulsu zwycięstwa.

U Wójcika podstawowym zawodnikiem nie był. Po tym meczu zdobywca srebrnego medalu z igrzysk w Barcelonie zrezygnował z usług „Żewłaka”. Ten jednak wrócił do reprezentacji. Zaufać mu zdecydował się kolejny selekcjoner, Jerzy Engel. Liczący wtedy 24 lata defensor z bardzo dobrej strony pokazał się w przegranym 0:3 starciu z Hiszpanią, a opiekun już wyobrażał sobie drużyny bez niego. Został pewnym punktem ekipy w kwalifikacjach do mistrzostw świata w Korei Południowej i Japonii. W jednym z meczów, z Armenią, egzekwując rzut karny, zdobył swoją pierwszą w reprezentacji bramkę. Okazał się jednym ze współautorów awansu do mundialu. Pierwszy na nim występ zaliczył w premierowym starciu z Koreą, lecz zarówno w nim, jak i w całym turnieju (podobnie, jak większość „Biało-czerwonych”) zawiódł na całej linii.
Nieudane mistrzostwa spowodowały pożegnanie Engela, lecz z Żewłakowa nie zrezygnował kolejny selekcjoner, Zbigniew Boniek. U niego również został podstawowym graczem. Z gry wykluczały go tylko kontuzje. Choć „Zibi” szybko zrezygnował z prowadzenia kadry, jego następca, Paweł Janas, wcale nie zamierzał się z nim rozstawać. Pod jego wodzą „Żewłak” zyskał nową motywację do gry, jaką była walka o wciąż niestracony awans do mistrzostw Europy organizowanych przez Portugalię. Nie udało się tego osiągnąć, lecz wtedy zaczęła się batalia o mistrzostwa świata w Niemczech. Co prawda wypadł z drużyny po kilu meczach, lecz swoją dobrą grą ponownie zwrócił na siebie uwagę selekcjonera. Po powrocie do zespołu zrobił na „Janosiku” tak dobre wrażenie, że ten wziął go na mundial. Lecz i tym razem bohater niniejszego tekstu zawiódł.
Jednak po raz kolejny niepowodzenie na wielkim turnieju nie skreśliło „Żewłaka” z listy reprezentantów. Kolejny selekcjoner, Leo Beenhakker, również nie zamierzał z niego rezygnować. Zagrał u niego już w pierwszym meczu. Chociaż Polacy przegrali z Danią 0:2, mógł się cieszyć. Zaliczając 60. mecz w kadrze, został członkiem klubu wybitnego reprezentanta. Okazało się to złymi początkami drogi sukcesu. Żewłakow nie zawiódł oczekiwań selekcjonera. Z gry w biało-czerwonych barwach eliminowały go tylko kontuzje. Znów był pewny i umiejętnie kierował kolegami z obrony. To głównie dzięki niemu nie przegraliśmy na wyjeździe z Portugalią. Holenderski szkoleniowiec wziął go na pierwsze w naszej historii mistrzostwa Europy. Tam defensor robił, co mógł, lecz i tym razem należał do grupy, która zawiodła oczekiwania kibiców i z Austrii i Szwajcarii wrócił w roli przegranego.












