Spotkanie z Czechami miało pokazać nam, z jakimi nadziejami możemy oczekiwać ostatniego meczu w Lidze Narodów UEFA w tym roku. Co prawda naszych południowych sąsiadów i najbliższych rywali z Portugalii dzieli różnica kilku klas, ale sparingowe wyzwanie miało być znakomitą okazją do przełamania po czterech meczach z rzędu bez zwycięstwa. Nic z tych rzeczy – mecz w Gdańsku uwydatnił nasze słabości i udowodnił ostatecznie, że z kadry, która jeszcze tak niedawno porywała cały kraj, zostały tylko wspomnienia. Przegraliśmy z Czechami 0:1, notując tym samym trzecią porażkę z rzędu i piąty z kolei mecz bez zwycięstwa.
Marne widowisko, świetny Frankowski
Pomimo wyraźnie odczuwalnego chłodu i kiepskiej passy „Biało-czerwonych” na bursztynowym obiekcie pojawiło się ponad 34 700 widzów. Gwoli ścisłości, do zapełnienia całego stadionu zabrakło całkiem sporo, wszak nadmorska arena liczy sobie blisko 42 tysiące miejsc. Prócz chęci wspierania naszych reprezentantów przyczyna takiego stanu rzeczy jest o wiele bardziej prozaiczna – PZPN sprzedawał bilety na ten mecz już od 20 złotych (III kategoria, trybuny za bramkami). Jednak pustawe połacie gdańskich trybun potwierdziły tylko słuszność odchodzenia od meczów towarzyskich. Walka o punkty, choćby z dużo niżej notowanym przeciwnikiem, cieszy się przeważnie o wiele większym zainteresowaniem. Nie można było jednak narzekać na doping, przynajmniej nie w takiej mierze jak w przypadku październikowych spotkań w Lidze Narodów na Stadionie Śląskim. Ci, którzy pofatygowali się na obiekt przy ul. Pokoleń Lechii Gdańsk, żywiołowo reagowali na każdą sytuację, która była udziałem podopiecznych Jerzego Brzęczka, a doping wzmagał się nawet wtedy, gdy Polacy gubili się w najmniej oczekiwanych momentach.
Żal tych zdzieranych gardeł na takie widowisko jak toe wczorajsze. Kilkanaście minut w końcówce pierwszej połowy, kilkanaście po stracie gola i parę okazji w końcówce – to wszystko, na co było stać „Biało-czerwonych” w pozytywnym sensie. Wyróżnili się dobrze broniący Skorupski, co w jego przypadku nie było wcale takim pewnikiem, aktywny Mateusz Klich (o nim w dalszej części) oraz Przemysław Frankowski. Zwłaszcza występ pomocnika Jagiellonii bardzo pozytywnie zaskoczył. 23-latek imponował pewnością siebie i widać było, że żadna z jego decyzji nie jest pozostawiona przypadkowi. Dopóki nie zmienił go Kuba Błaszczykowski, starał się aktywnie uczestniczyć w każdej akcji, która przechodziła w pobliżu jego strefy. Pochodzący – nomen omen – z Gdańska zawodnik rozwija się naprawdę imponująco i pozostaje mieć tylko nadzieję, że nie podąży drogą Piotra Zielińskiego. Nie stawiamy na pomocniku Napoli kategorycznego krzyżyka, ale umówmy się – im bardziej podnoszone są głosy o tym, że jest on przyszłością kadry, tym coraz częściej zawodzi. Kilka zrywów i momenty przyspieszenia utonęły w morzu nieudolności.
Podobnie ma się rzecz z Grzegorzem Krychowiakiem. Z „płuc kadry” i zawodnika, za którego PSG zapłaciło po ostatnich mistrzostwach Europy 26 mln euro, nie zostało kompletnie nic. Powiedzieć, że Krychowiak był bezproduktywny, to nic nie powiedzieć. Tracił piłkę w dziecinny sposób i na podobnym poziomie próbował grać do przodu. Przypadek zawodnika Lokomotivu jest łudząco podobny do Zielińskiego. Kiedy uważamy, że gorzej zagrać już nie może, on zadaje kłam tej teorii. We wczorajszym spotkaniu częściej dreptał, niż biegał, a w taki sposób meczu wygrać się nie da.











