Oba zespoły przed październikową przerwą reprezentacyjną doznały dwóch porażek. Dla obydwu trenerów, którzy przyszli w trakcie sezonu, była to doskonała okazja do tego, by spokojnie popracować i poprawić mankamenty. Z pojedynku z GKS-em Tychy zwycięsko wychodzi Polonia Warszawa, ale przed trenerem Pawlakiem jeszcze sporo pracy, bo to zwycięstwo bardziej pasowało do schyłkowego stylu poprzednika niż obecnego szkoleniowca.
Gospodarze pomimo ostatnich dwóch porażek zdawali się być w ciut lepszej pozycji. Nawet jak ostatnio rozmawialiśmy z Michałem Grudniewskim, to czuć było w jego słowach wiarę w umiejętności drużyny i to, że gorzej już niż na początku sezonu być nie może. Tymczasem w Tychach Artur Skowronek jako nowa miotła nie dość, że nie poprawił ataku, to jeszcze rozklekotał obronę.
Zjawiński wykorzystuje karnego po faulu na nim
Początek potwierdzał powyższe słowa. W polu karnym tyszan nieprzepisowo został sfaulowany Łukasz Zjawiński. Grzegorz Kawalko po chwili namysłu wskazał na wapno. Poszkodowany wziął sprawy we własne ręce i pewnie pokonał Marcela Lubika.
Tyszanie może i zdołali narzucić warunki gry, ale czy byli niebezpieczni? Powiedzmy tak: większe zagrożenie stwarzał sam bramkarz Polonii, który musiał na raty łapać słaby strzał głową Daniela Rumina. Potem nie sparował piłki, która na jego szczęście minęła bramkę. Ale jak to w powiedzeniu…
Jakub Lemanowicz pomaga gościom wyrównać
Do trzech razy sztuka, bo to właśnie Jakub Lemanowicz okazał się tym, który podał pomocną dłoń zespołowi ze Śląska. Bramkarz wyszedł z bramki, by złapać proste dośrodkowanie z lewej strony. Tymczasem brak komunikacji z Michałem Kołodziejskim sprawił, że obaj zawodnicy się zderzyli i piłka spadła w pole karne. To otworzyło autostradę do zdobycia gola dla Tobiasza Kubika, który nie miał problemów z umieszczeniem piłki w pustej bramce.
To była Polonia Warszawa Mariusza Pawlaka? Bo wyglądała raczej na tę Rafała Smalca
Zasłużona strata gola gospodarzy, bo ci grali słabiutko. „Duma Stolicy” była strasznie nieporadna. W obronie warszawianie byli bojaźliwi, jedynym pomysłem było wywalanie piłek w pomidory, a z przodu jedynym pomysłem była długa laga na Łukasza Zjawińskiego albo piłka na Daniego Vegę. Było już na tyle źle, że na trybunach zaczęły się uwagi na temat gry zespołu, która za bardzo zaczęła przypominać tę z czasów trenera Smalca. Takie uwagi nie były dalekie od prawdy, na Polonię po prostu niełatwo było patrzeć. Rękę trenera Pawlaka trudno było dostrzec w tym chaosie.











