W starciu na szczycie angielskiej ekstraklasy Chelsea bezbramkowo remisuje z Tottenhamem. Spotkanie Franka Lamparda z Jose Mourinho przypominało bardziej partię szachów aniżeli mecz piłkarski. Po tym spotkaniu „Spurs” utrzymują pozycję lidera Premier League.
To nie był zwykły ligowy mecz o trzy punkty. W stawkę tego spotkania wchodziło pierwsze miejsce w tabeli oraz pokazanie, kto rządzi na londyńskich boiskach. Oczywiście starcia Tottenhamu z Chelsea nie są tak elektryzujące jak chociażby potyczki „Spurs” z Arsenalem. Nieraz się jednak przekonaliśmy, że w tych meczach również potrafi być gorąco. Idealnym przykładem jest spotkanie z 2016 roku, kiedy to zobaczyliśmy sporo boiskowych przepychanek, które przyniosły aż jedenaście żółtych kartek. Dodatkowo w tamtym starciu „The Blues” odebrali „Kogutom” matematyczne szanse na mistrzostwo Anglii (po końcowym gwizdku na tablicy wyników widniał rezultat 2:2, co w efekcie przypieczętowało tytuł dla Leicester City).
Apetyty na zwycięstwo po obu stronach były ogromne. Tottenham przystępował do tego meczu po triumfie nad Manchesterem City (2:0), podczas którego Jose Mourinho zaszachował taktycznie Pepa Guardiolę. Podopieczni Portugalczyka podtrzymali dobrą formę w wygranym spotkaniu z Łudogorcem Razgrad w Lidze Europy (4:0). Z kolei Chelsea w ostatnich tygodniach uporała się z demonami z poprzedniego sezonu. Tymi demonami były oczywiście zmagania w defensywie. „The Blues” w ośmiu ostatnich starciach stracili tylko dwie bramki, strzelając aż 18.
45 minut szachów
Od początku spotkania było widać, że Tottenham wyszedł na ten mecz z podobnymi założeniami taktycznymi co na starcie z Manchesterem City. Moussa Sissoko schodził bardzo nisko, będąc de facto trzecim środkowym obrońcą. Celem podopiecznych Mourinho było zawężenie pola gry, by Chelsea miała jak najmniej miejsca w ataku pozycyjnym. W odróżnieniu do Pepa Guardioli Frank Lampard odrobił swoją pracę domową i nie dał się nabrać na sztuczki portugalskiego szkoleniowca. „The Blues” nie starali się za wszelką cenę być cały czas w posiadaniu piłki, gdyż wiedzieli, że jest to woda na młyn dla „Kogótów”. Zapraszali piłkarzy „Spurs” na swoją połowę, by zaatakować ich własną bronią. Bronią tą był oczywiście kontratak. Przyniosło to nawet oczekiwane efekty w postaci bramki Timo Wernera w 11. minucie, jednak Niemiec był na spalonym. W efekcie gol został anulowany.
Pierwsza połowa przypominała bardziej serial „Gambit Królowej” aniżeli mecz piłkarski. Wyglądało to jak spotkanie szachowego mistrza z uczniem, którzy umówili się na partyjkę. Po 45 minutach możemy się przyczepić do dwóch „pionków”. Po stronie Tottenhamu lekko odstawał niedoświadczony Joe Rodon, którego gra była momentami chaotyczna. Sprawiał wrażenie, jakby ciążyła na nim presja spotkania, jednak z biegiem czasu młody Walijczyk wyglądał coraz lepiej. W szeregach Chelsea zaś niemrawo wyglądał Hakim Ziyech. Marokańczyk niedokładnie zagrywał i sprawiał wrażenie nieco rozkojarzonego. Plusy możemy za to postawić przy dwóch nazwiskach. Pierwszym z nich jest Ndombele, który nie bał się wychodzić w pojedynki, nawet z dwoma przeciwnikami. Francuz wyróżniał się w ofensywie „Spurs”, biorąc odpowiedzialność w rozegraniu. Drugim nazwiskiem jest Abraham, który z kolei wyglądał najlepiej w formacji ofensywnej „The Blues”. Potwierdzeniem była jego solowa akcja przy linii końcowej boiska, w której bez problemu ograł jednego z obrońców Tottenhamu.












