Miał być pierwszy puchar w historii, feta i radość. „Portowcy” jechali do Warszawy z olbrzymimi nadziejami. I co? I wszystko psu w ogon. Najpierw stracili gola w ostatniej akcji meczu, w dogrywce po kuriozalnym błędzie Leo Borgesa pogrzebali swoje szanse na puchar. Pogoń po raz kolejny pokazała, że nie ma drugiego tak frajerskiego klubu w Polsce, a określenie „zero tituli” dalej będzie jej stygmatem.
Wisła Kraków wygrywa Puchar Polski, czego jej gratulujemy. Natomiast Pogoń Szczecin musi obejść się smakiem, po raz kolejny. Pogoń wciąż będzie miała przypiętą łatkę klubu „zero tituli”, i to na własne życzenie. Pogoń po raz kolejny pokazała, że kompletnie nie potrafi trzymać ciśnienia i nie bez powodu w ciągu 76 lat nie wstawiła niczego do gabloty.
Nie ma wymówek, to trzeba było wygrać
„Portowcy” nie mieli praktycznie żadnych wymówek, by przegrać to spotkanie. Grali z rywalem, który ma swoje problemy w pierwszej lidze. Pogoń nie mogła też narzekać na problemy zdrowotne. Okej, wypadł Rafał Kurzawa, ale nawet jeśli uwzględnimy, że pomocnik w ostatnim czasie był pewniakiem do wyjściowego składu z racji na swoją dobrą formę, to w składzie ciągle byli Kamil Grosicki, Efthymios Koulouris, Fredrik Ulvestad etc. Wystarczająco dużo jakości, aby spokojnie rozprawić się z „Białą Gwiazdą”.
Demony wróciły: bojaźń, błędy, marazm
Podopieczni Jensa Gustafssona byli dzisiaj bojaźliwi, wystraszeni. Mówi się, że stres do pewnego momentu motywuje człowieka, ale w ich wypadku kompletnie spętał im nogi. Poza nielicznymi zrywami zaordynowanymi przez Kamila Grosickiego tak naprawdę nie moglibyśmy mówić o niczym pozytywnym ze strony Pogoni. To nie była ta fajna Pogoń z ligi, to byli jacyś zupełnie inni goście. Chaotyczni, bezproduktywni, mało kreatywni.
Wiślacy byli lepsi
Bo gdybyśmy jeszcze mogli chociaż powiedzieć, że Anton Cziczkan rozgrywał mecz życia. Odprawiał czary, wykonywał cudowne robinsonady, zaczarował słupki poprzeczki tak, że „Portowcy” tylko w nie trafiali. Ale bardziej gimnastykować musiał się bramkarz Pogoni, który nieraz musiał wyciągać swoją drużynę z opałów, zwłaszcza gdy przegrywała, a krakusy szły z kontrą.
To Wisła Kraków była stroną dominującą, a przynajmniej bardziej agresywną w doskakiwaniu do szczecinian. Wymuszała na nich dziecinne błędy, na drużynie, której marzą się europejskie puchary!










