Bardzo często, gdy pojawia się jakaś drużyna w ekstraklasie, która nas zachwyca, to od razu pompowany jest balonik. Bardzo często słusznie, bo za dobrą grę należy chwalić. I wtedy pojawia się znane hasło: a może by tak powalczyć o coś więcej? Mistrzostwo jest w zasięgu ręki, ale wtedy magicznie powietrze z balonika uchodzi i Legia w tabeli odjeżdża. W tym sezonie mieliśmy już dwa takie przypadki, a mistrzem – oczywiście dosłownie – w takim czymś jest Pogoń Szczecin. Sama napompuje balonik, sama go przebije.
Bo to nie pierwszyzna, że Pogoń Szczecin obniża loty na wiosnę. Wystarczy przypomnieć poprzednią kampanię. Po 19. kolejce szczecinianie byli liderem. Wszyscy mówili i pisali, że dobrze wyglądają. Nikt broń Boże nie wspominał o zalotach na mistrzostwo. Pucharów jednak było można się spodziewać. Skończyło się na 6. miejscu. Skądś znamy tę opowieść. Historia lubi się powtarzać. Pogoń też lubi spłatać figla na wiosnę, gdy wszyscy w nią wierzą. Miała lidera po 17. kolejce, a trzy mecze później traci siedem punktów do prowadzącej w tabeli Legii. W ciągu trzech tygodni zmarnowała to, na co pracowała całą rundę.
Pogoń Szczecin podobnie jak Raków
Byli już w tym sezonie tacy, co fikali i stawiali się. Zimą byli typowani na jednych z głównych kandydatów do mistrzostwa. Cały czas są w tym gronie, ale już na zdecydowanie gorszej pozycji. Mowa o Rakowie. Zachwyty nad jego grą nie miały końca, Marka Papszuna wynoszono pod niebiosa, a nawet pojawiły się takie głosy, że jest to najmądrzej budowany klub w Polsce. Pierwsze trzy mecze w tym roku zweryfikowały te wszystkie teorie. Wszyscy entuzjaści Rakowa zostali uziemieni.
Podobny los spotkał Pogoń Szczecin, tylko że trochę później. „Portowcy” z grubej rury weszli w nowy rok. Dwa pierwsze mecze przekonująco wygrali. Wysunęli się na czub tabeli i wtedy pojawił się prawdziwy problem. Oczekiwania, presja i możliwość sięgnięcia po tytuł paraliżują wszystkich. Nogi jak z waty. Punkty uciekają i marzenia o podobnym sukcesie jak ten Piasta się rozwiewają. Bardzo szybko zapomina się wtedy o dobrej formie sprzed kilku tygodni.
Zresztą to bardzo dziwne, jak forma drużyny może się zamienić w pył i wspomnienia. Jasne, że są to na razie tylko cztery spotkania bez zwycięstwa, ale całkiem przypadkiem stało się to po tym, gdy Pogoń Szczecin wyszła na prowadzenie w ekstraklasie. Raków po przegranych jako tako się podniósł i punktuje, ale zdecydowanie to nie to samo co na jesień. Teraz czekamy, jak „Portowcy” zareagują na taki stan rzeczy. Po raz kolejny sprawdziło się porzekadło, że szansa na sukces wiąże nogi, bo jak inaczej wytłumaczyć, że drużyna po sześciu zwycięstwach z rzędu notuje serię czterech meczów bez trzech punktów.
Obrona pękła
Jak to się stało, że Pogoń przestała punktować? Głównie zasługa w tym obrony. Przez wiele tygodni zachwycaliśmy się nią. Liczyliśmy mecze bez straconej bramki. Już dawno nie było takiej obrony jak ta Pogoni – tracącej tak mało bramek. Takiego poziomu jednak nie udało się utrzymać. Umówmy się, w ekstraklasie niemożliwe jest, aby jakaś drużyna traciła bramkę raz na trzy spotkania. Szacun dla „Portowców”, że tak długo się trzymali.










