Hiszpania w szoku. Barcelona znów straciła punkty, co wprowadziło mniej rozgarniętych kibiców Realu w euforię. W swoich umysłach widzą już Casillasa dekorującego boginię Kybele królewską flagą. Tylko pewien dostawca pizzy nie zaprząta sobie tym głowy – zajęty jest zdobywaniem bramek w ostatnich akcjach meczów z Getafe.
Ten paragraf powinienem pisać jedną ręką. Drugą, uzbrojoną w bat, chłostałbym się po całym ciele, powtarzając, że nigdy więcej nie zwątpię we francuskiego spekulanta. Nie robię tego z trzech powodów: 1. Chłosta boli, 2. Krew ciężko się zmywa z ubrań i podłogi, 3. Benzema ciągle ma w sobie zbyt duży pierwiastek zakompleksionego, przestraszonego chłopaczka.
Karimowi sporo brakuje do bezczelnego do granic możliwości Ronaldo, nie jest spokojny i pewny siebie jak Higuain, nie cieszy się poparciem kibiców, wątpią w niego trener, działacze, nawet koledzy. Wszyscy przeciwko niemu, przeciwko biednemu, francuskiemu chłopcu, który odwiedzającemu go Perezowi zaproponował szklankę coli. Przez półtora roku presja całego świata doprowadzała Benzemę na skraj załamania nerwowego, wgniatała w murawę i odbierała władzę nad kończynami. Teraz Karim rozkwita – strzela gola za golem, podaje, rozgrywa, wraca po piłkę…
Walkę o miejsce w składzie z Adebayorem wygrał tak wyraźnie jak Casillas z Dudkiem i tylko powrót Higuaina (za mniej więcej miesiąc) może Benzemę wyrzucić z meczowej jedenastki. Może, ale nie musi. Bo Francuz w takiej formie to naprawdę dobry Francuz. Na tyle dobry, że ma realne, nomen omen, szanse na pozostanie w Madrycie na kolejny sezon.
Oglądanie dobrze grającego, mądrego i pewnego siebie Benzemy to dziwny widok. Człowiek czuje się niepewnie, podświadomie podejrzewając, że coś jest nie tak. Tym razem powstrzymam się jednak od sugestii, że w całą sprawę zamieszani są jakieś koterie, Żydzi, masoni, cykliści albo nawet, znajdując w tym jakąś pokrętną logikę, Barcelona!

Pisząc o Realu, trzeba wspomnieć o ładnym geście w kierunku Tote. Wychowanek „Los Blancos”, a teraz piłkarz Herculesa nabawił się groźnego urazu i nie zagra przez nawet rok. Piłkarze obu ekip wyszli w koszulkach dodających mu otuchy. „Królewscy”, jakby ich nie oceniać, są drużyną, która pamięta o swoich byłych piłkarzach. Gdy Filipe Luis złamał kostkę, w szpitalu odwiedził go sam Florentino Perez, a przecież Brazylijczyk w rezerwach Realu grał ledwo przez rok!
„Na co mi obrona?” pomyślał Unai Emery i w miejsce kontuzjowanego Ricardo Costy wpuścił Banegę, przesuwając Topala, czystej krwi pomocnika, na pozycję stopera. Już wtedy Valencia przegrywała.
„Na co mi obrona” pomyślał Unai Emery i defensywnie usposobionego Mathieu zamienił na Matę. Było 2:0 dla Saragossy. „Na co mi obrona?” pomyślał Unai Emery i dziurę po wyrzuconym z boiska Stankeviciusie załatał Albeldą. Było 3:0 dla gospodarzy. „Na co mi obrona?” pomyślał Unai Emery, patrząc, jak wspomniany Albelda prokuruje rzut karny. Na 4:0. „Na co mi ta posada” pomyślał Unai Emery, schodząc do szatni.











