Po przyjściu do zespołu w letnim okienku transferowym Daniego Ceballosa i Nicolasa Pepe Arsenal miał się na dobre włączyć do walki o mistrzostwo Anglii. Jeden z największych młodych talentów środka pola na świecie i do tego rewelacja sezonu 2018/2019 w Ligue 1. Ta dwójka miała sprawić, że ofensywa „Kanonierów” znów będzie świeża, z błyskiem i nieprzewidywalna, a tymczasem ponownie okazało się, że piąta drużyna zeszłego sezonu jest zależna od jednego człowieka.
Marne 10. miejsce w Premier League, grubo ponad 20 punktów straty do lidera po niespełna połowie sezonu, a do tego zaledwie cztery zwycięstwa w 15 spotkaniach. Statystyki Arsenalu wyglądają jak dotąd koszmarnie. Z perspektywy czasu, mając na uwadze przedsezonowe aspiracje Arsenalu do namieszania w czołówce, obecnie można już tylko parsknąć śmiechem. Przed półmetkiem rozgrywek można w zasadzie sezon w większości spisać na straty i sama walka o europejskie puchary na ten moment może zostać uznana za sukces. I aż strach pomyśleć, co działoby się z londyńskim klubem, gdyby nie było w nim Pierre’a-Emericka Aubameyanga – jedynego piłkarza z czerwonej części stolicy Anglii, który prezentuje poziom przystający marce Arsenalu.
Od lat na topie
Od kampanii 2011/2012, jeszcze za czasów pobytu w Saint-Etienne, Aubameyang praktycznie nie schodzi poniżej 15 goli na sezon. Jedyna taka sytuacja miała miejsce w pierwszym roku Gabończyka w Borussii Dortmund, ale poza tym za każdym razem statystyka wyglądała już lepiej. Między innymi w sezonie 2016/2017 uzbierał niezwykły wynik 31 goli w Bundeslidze w 32 meczach. Grając w Niemczech, wyrobił sobie markę jednego z czołowych snajperów w Europie, co zaowocowało transferem zimą 2018 roku do Arsenalu. W nim z miejsca stał się zawodnikiem kluczowym i gwarantującym regularne trafianie do bramki. Każdy szybko się przekonał, że znakomita gra dla BVB nie była dziełem przypadku, a „Kanonierzy” mogą być jedynie jednym z przystanków Aubameyanga w drodze do absolutnej elity.
Rundę wiosenną, zaraz po przyjściu do klubu wówczas prowadzonego jeszcze przez Arsene’a Wengera, zakończył z 10 golami w dorobku. Pełnoprawny sprawdzian możliwości miał więc wypaść na kolejną kampanię. I w niej Gabończyk potwierdził swoją wielkość – 22 gole w sezonie (razem z Mo Salahem i Sadio Mane najlepsi strzelcy ligi). Wynik świetny, tyle że starczył jedynie na piątą lokatę w Premier League. W Lidze Europy przegrany finał z Chelsea także zamknął Arsenalowi furtkę do gry w Lidze Mistrzów, jednak mimo to Pierre postanowił zostać w Londynie i kontynuować wspinaczkę w hierarchii najlepszych strzelców w historii Arsenalu. Niespełna dwa sezony wystarczyły, aby wejść do top 20, a przy obecnej dyspozycji już w tym sezonie Gabończyk może znaleźć się w najlepszej dziesiątce (w tym momencie 53 gole; na pierwszym miejscu Henry z 228 bramkami).













