Barcelona nie dała rady Espanyolowi i z Cornella-El Prat wywiozła tylko jeden punkcik. Gdyby nie sędzia, byłoby ich trzy razy więcej. Gdyby babcia miała wąsy, toby była dziadkiem.
Pep Guardiola dostał niedawno nagrodę dla najlepszego trenera ubiegłego roku. Tak się rozochocił, tak nakręciło go to wyróżnienie, że postanowił dać pokaz swoich umiejętności. Z kim najbliższy mecz? Z Espanyolem? Dobra, słuchacie, plan jest taki, że wychodzimy tylko w dziewięciu. Cicho tam, ja rządzę, słuchajcie się mnie, do cholery! Messi i Xavi zostają w szatni. Nie ma gadania. Gramy bez nich.

Barcelona to wielka drużyna, większej za naszego życia możemy już nie oglądać, ale nawet ona nie jest w stanie wygrać meczu derbowego bez dwóch kluczowych zawodników. Na początku wszystko było dobrze, Cesc wziął na siebie odpowiedzialność. Alves bardzo starał się łatać dziury w formacjach. Alexis też się starał, ale wzbudzał raczej politowanie niż zachwyt. W każdym razie zaczęło się nieźle. Fabregas trafił, Valdes obronił setkę, Pique wybił piłkę z linii bramkowej. Guardioli się to nie podobało. Za łatwo, cholera! Sanchez, jesteś słaby, ale nie wystarczająco słaby. Pedro! A ilu Pedrów mamy w kadrze?! Przebieraj się, wchodzisz. No wiem, że jesteś bez formy. O to chodzi, chłopcze. Gdybym chciał kogoś z formą, tobym wysłał Tito do szatni i odwiązał Messiego od kaloryfera.
Wprowadzenie na boisko kanaryjskiego skrzydłowego paradoksalnie podcięło skrzydła Barcelonie. Bardzo chwiejne 1:0 nie dawało pewności, trzeba było walczyć. No i Katalończycy ścierali się w bratobójczej walce przy wtórze chóralnych śpiewów posądzających „Blaugranę” o prostytucję. Bez liderów ataku i środka pola było trudno. Espanyol naciskał, Sergio Garcia na czas meczu odmłodniał o cztery lata. Gdyby nie bohaterski jak zwykle Puyol, który chyba zdarł sobie gardło od krzyczenia na kolegów, byłoby źle. Kapitan Barcelony mocno stał na nogach i raz za razem sprowadzał na ziemię Thievy’ego. W okolicach 80. minuty zaczęło robić się za łatwo. Fabregas, schodzisz! Oj, Tito, nie bądź dzieckiem, wiem, że Cesc grał dobrze. Nawet za dobrze. Patrz, co teraz zrobię. Potomni będą pisali o mnie książki, zobaczysz. Keite, załóżże koszulkę, wchodzisz.
Real w sobotę rozbił Granadę, Barcelona potrzebowała trzech punktów. Do 86. minuty trzy punkty miała. Potem stała się mała tragedia. Duża tragedia nawet. Alvaro Vazquez pokonał Victora Valdesa przy radosnej asyście wrogich defensorów. 1:1 to dla „Dumy Katalonii” tragedia, ale trudno, trzeba grać. Już w doliczonym czasie gry przytrafiła się jakaś poprzeczka, jakieś zagranie ręką w polu karnym. Takie tam. Można gdybać, co by było, gdyby na boisku byli Messi i Xavi. Można zastanawiać się, czy przywiązywanie ich w szatni miało sens. W końcu Argentyńczyk w meczu Pucharu Króla zdobył dwa gole, pojawiając się na murawie w drugiej połowie, a Hiszpan w tym samym spotkaniu zapisał na swoim koncie cztery asysty. Ale cóż, taka była decyzja trenera. Rotacje i tak dalej.











