Piast Gliwice to chyba jedna z najstabilniejszych drużyn w ekstraklasie. Dlaczego? Ponieważ piłkarze Waldemara Fornalika zmierzają w odpowiednim kierunku, nie schodząc przy tym poniżej odpowiedniego poziomu prezentowanego na murawie. Mecz z Wisłą Płock był tego kolejnym dobrym, choć mocno emocjonującym dowodem. Ślązacy pokonali „Nafciarzy” 4:3.
Ktoś może powiedzieć, że dla takiego klubu jak Piast zwycięstwo w pojedynku z drużyną pokroju tej prowadzonej przez Macieja Bartoszka jest obowiązkiem. Owszem, jest. Jednak w takich chwilach też trzeba umieć wytrzymywać odgórnie nałożoną presję. A właśnie w ten godny wielu pochwał sposób zrobiły to „Piastunki”.
Szalony rollercoaster
Piast do samego końca trzymał w napięciu oglądających spotkanie. Pierwsza połowa przebiegła pewnie pod dyktando gospodarzy. Na listę strzelców wpisali się Alberto Toril i Kristopher Vida, a trafienie samobójcze zaliczył Jakub Rzeźniczak. Jedynym mankamentem w grze gliwiczan był gol stracony po głupim błędzie w kryciu podczas wykonywania przez „Nafciarzy” rzutu wolnego w 38. minucie gry.
Pomimo wcześniejszych wydarzeń później ujrzeliśmy coś, czego mało kto się spodziewał. Wisła Płock po strzeleniu bramki na 2:3 w 75. minucie złapała wiatr w żagle. Chwilę później mieliśmy już remis. Wszystko za sprawą dwóch bramek Damiana Warchoła. Piast dosłownie na chwilę stracił równowagę i wyglądał zwyczajnie jak oszołomiony. Nie pomagała przy tym nieuznana bramka z końcówki spotkania autorstwa Michała Żyry, który w momencie podania od kolegi był na spalonym.
Na całe szczęście dla miejscowych fanów strzelanie w tej konfrontacji zakończył ich zespół. To Jakub Czerwiński mógł zapisać sobie bramkę na 4:3 i zakończył ten trzymający w napięciu spektakl.











