Peter Hyballa odchodzi z Wisły Kraków. Jego przygoda pod Wawelem nie trwała zbyt długo, bo zaledwie pięć miesięcy, ale obfitowała w emocje, była jak jeden wielki rollercoaster, a kończy się w gęstej i dziwnej atmosferze.
To miała być piękna historia. Młody i ambitny trener anonsowany był do wyprowadzenia Wisły na właściwe tory, to w końcu miał być ten ktoś, brakujące ogniwo, osoba spajająca zespół i potrafiąca wykrzesać z niego tylko to, co najlepsze. Zagraniczne nazwisko, ekspresyjny charakter i ogromna charyzma miały w tym tylko pomagać… i w grudniu 2020 roku nie było osoby, która myśleć mogła, że zamiast metamorfozy drużyny ujrzymy w Krakowie namiastkę cyrku. Ostatnie wydarzenia w klubie z Reymonta przypominały jednak nie działanie profesjonalnego klubu piłkarskiego, z legendą reprezentacji Polski na czele, ale raczej scenariusz rodem z południowoamerykańskiej telenoweli, kończący się rozstaniem za porozumieniem stron.
A było tak pięknie… Hyballa mocno wystartował
Burzliwy romans Hyballi z „Białą Gwiazdą” zaczął się 2 grudnia 2020 roku i od razu zapowiadano nadejście nowej Wisły. Walczącej, uporządkowanej, biegającej jak nikt i zdobywającej punkty. Rzeczywiście tak to wyglądało. W pierwszych dziewięciu meczach pod wodzą Niemca zespół przegrał tylko dwa razy: z Legią i w dziwnych okolicznościach z Piastem Gliwice. Gra natomiast mogła się podobać, dostarczała emocji, fascynowała. Ten zespół odżył i to nie była już katastrofalna drużyna miernot, ale team gryzący trawę i bijący się o zwycięstwa do końca. Eksperci okrzyknęli nowego szkoleniowca geniuszem, potrafiącym z niczego zbudować może nie pałac, ale solidny blok. Trzeba przyznać, że wyglądało to bardzo obiecująco, piłkarze szarpali, jakby zmienili się mentalnie, a byli to przecież ci sami ludzie.
Wydawało się, że zarządcy Wisły mogą brylować już nie tylko na Twitterze, bo w końcu udało się osiągnąć coś spektakularnego, coś, co nie kończyło się tylko na pięknie brzmiących słówkach. Zaskoczyło. Zwycięstwo nad Lechem! Wow. Wygrana z Pogonią! Wow. Przecież ciągle mówimy o zespole, który wyglądał wcześniej jak 4-letnie dzieci gubiące się na sopockim molo, rozpaczliwie poszukujący rodziców. Nastąpiła metamorfoza i wydawało się, że wzajemna miłość kwitnie. Do wszystkiego dołączyli się krakowscy kibice, wychwalający Hyballę pod niebiosa, ubóstwiający, widzący w nim człowieka co najmniej z innego świata. Tego lepszego świata. Człowieka, który pokazał właśnie, jak rozpalać ogień.












