Miał być kolejnym napastnikiem Lecha, który wyjedzie na zachód, a wylądował w Widzewie. I to definitywnie. Po kilku wypożyczeniach bardziej lub mniej udanych odchodzi z „Kolejorza”. Na pewno nie tak miała wyglądać jego kariera. Człowieka kochający Lecha, mający go w sercu. Przyszedł czas pożegnań. Tym sposobem Widzew wzmacnia się mistrzem Polski i po prostu dobrym napastnikiem.
Mało osób to pamięta, że Paweł Tomczyk ma w swojej gablocie tryumf w ekstraklasie. W pamiętnym sezonie razem z Piastem sprawił wszystkim psikusa. Jego wkład może był niewielki, ale w 49 minut strzelił dwie bramki. Zresztą to cała kwintesencja Pawła Tomczyka. Napastnik, który potrzebuje jedną czwartą sytuacji, aby wpisać się na listę strzelców. Potrafi znaleźć się w miejscu, gdzie akurat odbije się piłka. Niestety czasami zdarza mu się nie trafić setki. I to jest jego największy problem.
Paweł Tomczyk – król wypożyczeń
W ciągu swojej niedługiej kariery był na wypożyczeniu już trzykrotnie. Każde miało na celu zbieranie minut. To najbardziej udane, w Podbeskidziu, zakończył z 12 bramkami na koncie. Wtedy w Poznaniu dużo się oczekiwało od Tomczyka. W końcu wynik 12 goli w 1. lidze to nie wynik, obok którego możemy przejść obojętnie. Jak jeszcze dodamy, że miał wtedy 19 lat… Próżno szukać takich zawodników. Szkoda, że sezon 2017/2018 był jedynym udanym w wykonaniu Tomczyka albo inaczej jedynym, w którym miał możliwość rozegrania dużej liczby spotkań.
Owszem, to też nie jest tak, że nie dostawał szans na następnych wypożyczeniach, ale w Bielsku-Białej po prostu mu zaufano, a on potrafił to wykorzystać i spłacić kredyt zaufania. Wówczas grał praktycznie wszystko. Z powodu małej liczby szans w Lechu postanowił przenieść się zimą na kolejne wypożyczenie. Tym razem do Piasta. Na Śląsk przyjechał głównie, aby zbierać czas i doświadczenie, a skończyło się na sukcesach i zaledwie 49 minutach rozegranych w barwach „Piastunek”. Tytułu mistrza Polski jednak mu nic nie zabierze.
Kolejny sezon to też mała liczba minut w Lechu i gra w rezerwach. Dlatego latem „Kolejorz”, mając nadzieję, że z Pawła Tomczyka „coś” jeszcze będzie, wysłał go na wypożyczenie do beniaminka – Stali Mielec. Wydawało się, że to idealne miejsce. Tym bardziej że chciał go Dariusz Skrzypczak. Trener, z którym zna się bardzo dobrze. I tak było, dopóki selekcjoner się nie zmienił. Powiedzmy jednak szczerze, liczba minut, jaką zebrał jesienią, nie powala. 342 minuty w ekstraklasie to cztery niepełne spotkania. Z drugiej strony jedna bramka też na kolana nie rzuca, a najbardziej w pamięć zapadła sytuacja, gdy Leszek Ojrzyński wpuścił go na boisko w 74. minucie po to, aby ściągnąć go już po 13 minutach. To wszystko przeciwko swojemu macierzystemu klubowi.











